Vivat Akademia
Periodyk Akademii Górniczo-Hutniczej
24 wrzesień 2017
Strona GłównaVivat AkademiaSWAGHKontakt
Studenckie lata (1953–1958)
08 listopad 2010

Niezwykłą radość sprawił otrzymany od Rektora Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie prof. Ryszarda Tadeusiewicza list, zaczynał się tak: „Drodzy Koledzy! Szanowni Absolwenci Przesławnej Akademii Górniczo-Hutniczej! Do najpiękniejszych tradycji naszej akademii należy zwyczaj powtórnej immatrykulacji jej wychowanków po pięćdziesięciu latach. Nasza uczelnia jako pierwsza wprowadziła ten zwyczaj i do dzisiaj zwyczaj ten kultywuje z wyjątkową pieczołowitością, widząc w nim element tej ciągłości, która jest istotą i sensem każdego uniwersytetu. Zależy nam na tym, aby uroczystość ta gromadziła w murach naszej Almae Matris wszystkich tych, którzy okrągłe pół wieku temu właśnie na Akademii Górniczo-Hutniczej stawiali pierwsze kroki w swoim dorosłym życiu…”.

Rzeczywiście przepiękna to tradycja spotkanie dawnych wychowanków, którzy dokładnie pięćdziesiąt lat temu rozpoczynali swoje studia. Wzruszająca uroczystość, dla wielu pierwsze, po tak długim okresie czasu, spotkanie i radosne jakby wbrew wiekowi spotykających się zawołania, kiedy w starszej pani lub w starszym panu rozpoznało się kogoś, w tamtych latach bliskiego, z kim dzieliło się jedną ławę, razem wykonywało ćwiczenia, wspólnie przeżywało napięcia towarzyszące zaliczeniom czy też egzaminom. I na koniec uroczyście – przez rektora akademii i dziekana wydziału – wręczony indeks potwierdzający, że uczestnik spotkania: „…został powtórnie immatrykulowany z okazji pięćdziesiątej rocznicy rozpoczęcia studiów…”.

A zatem uzasadnionym staje się przywołanie wspomnień z tamtych lat, bo to tak jakby na nowo wstąpiło się w progi tej wspaniałej akademii! Wprost wierzyć się nie chce, że właśnie tutaj w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, tak dawno był początek zawodowej drogi. Przecież piękny hall gmachu głównego, dostojna aula wydają się być takie same jak wtedy. Ale to tylko złudzenie, bo tam gdzie była Biblioteka Główna obecnie rezyduje rektor, a i siedziba Wydziału Metalurgicznego też znalazła inne miejsce. Wystarczy zresztą spojrzeć na zapis w otrzymanym w 1953 roku – roku rozpoczęcia studiów – indeksie, wtedy był to Wydział Metalurgiczny, a kolejne jego nazwy już inne: Wydział Metalurgii i Inżynierii Materiałowej, a od 2005 roku Wydział Inżynierii Metali i Informatyki Przemysłowej. Współczesność zapukała do drzwi naszej uczelni.

Egzamin wstępny

Podobnie jak moi rówieśnicy w całym kraju stanąłem w 1953 roku wobec konieczności podjęcia decyzji o dalszej drodze kształcenia. Byłem dobrym uczniem, dobrze zdałem egzamin dojrzałości, naturalną zatem rzeczą wydawało się dalsze kontynuowanie nauki. Większość koleżanek i kolegów jako miejsce studiów wybierała wrocławskie uczelnie, bo z niewielkiego, położonego na Opolszczyźnie Kluczborka do Wrocławia było najbliżej. Kierowali się przede wszystkim na Politechnikę Wrocławską, powszechna bowiem była opinia, że każdy może zostać inżynierem. Także rodzice byli za tym, mając jeszcze świeżo w pamięci lata wojenne przekonywali, że zdobycie „praktycznego” zawodu zapewni dobre usytuowanie społeczne i zawodowe. Wyłamałem się z tego kluczborskiego trendu, postanowiłem złożyć dokumenty do Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Wiedziałem bowiem, że w przypadku przyjęcia mnie na studia mam zapewnione zakwaterowanie u mieszkającego w Nowej Hucie wujostwa Tekli i Stanisława Ogorzałków. Nie bez znaczenia był też fakt, że na metalurgię, który to kierunek studiów wybrałem, obowiązywał egzamin wstępny z chemii, a nie z fizyki jak na innych technicznych kierunkach.

Pod koniec lipca 1953 roku otrzymałem zawiadomienie, że egzamin odbędzie się: „…7 sierpnia 1953 roku, o godzinie 9.00 w lokalu szkoły przy ul. Mickiewicza 30…”. Podróż z przesiadką w ówczesnym Stalinogrodzie (Katowicach) zajęła mi całą noc, tak się wtedy przemieszczało pociągami. Bez trudu trafiłem na uczelnię, miałem na to sporo czasu. W wyznaczonym dniu odbyły się egzaminy pisemne z matematyki i chemii, w południe byłem już wolny. Zapamiętałem wzorową organizację egzaminów, gdyż zdawaliśmy w grupach kilkudziesięcioosobowych i dopiero po ogłoszeniu końcowych wyników egzaminów zorientowałem się, że przystąpiło do nich na naszym wydziale kilkaset osób. Bezpośrednio po egzaminie usiedliśmy z towarzyszącym mi bratem Romanem – wtedy studentem matematyki na Uniwersytecie Wrocławskim, w przyszłości rektorem tej uczelni – na ławeczce na placu u zbiegu Czystej i Krupniczej (dzisiaj stoi tam szpital), by spokojnie przeanalizować egzaminacyjne zadania. Zdaniem brata powinienem otrzymać pozytywną ocenę. I tak się stało. Zdawałem jeszcze egzamin ustny z chemii, wypadłem dobrze i zostałem przyjęty na pierwszy rok studiów na Wydziale Metalurgicznym Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie! Przyjąłem tę wiadomość z radością i satysfakcją.

Zawiadomienie o egzaminie wstępnych z sierpnia 1953 roku

Studia

Zajęcia na uczelni rozpoczęły się 1 września 1953 roku, to był wtorek. W tamtym okresie pierwsze roczniki zaczynały naukę miesiąc przed oficjalną, akademicką inauguracją. Był to czas przeznaczony na wyrównanie poziomu z głównych przedmiotów nauczania: matematyki i fizyki, czas organizacji grup studenckich, zaznajomienia się z rozkładem sal na uczelni itp.

Nie uczestniczyliśmy w oficjalnej inauguracji roku akademickiego. Niejako z marszu weszliśmy w normalny tok zajęć. Znalazłem się na roku IB Wydziału Metalurgicznego AGH, w grupie szóstej, liczącej trzydzieści osób. Świadczyło to o tym, że podobna sytuacja była na równoległym roku IA, a zatem naukę rozpoczęła duża, prawie czterystuosobowa gromadka studentów. Od pierwszego dnia starosta grupy – wyznaczony losowo przez dziekanat – skrupulatnie w dzienniczku odnotowywał obecność każdego z nas na wszystkich zajęciach. Tak było przez cały pierwszy rok studiów.

Pierwszym wykładem, rozpoczynającym pięcioletni okres pobytu na uczelni było spotkanie z prof. Tadeuszem Hanuskiem, który przez dwa lata będzie z nami prowadził wykłady podstaw marksizmu. Wykład był uzupełniany przez ćwiczenia znakomicie prowadzone przez asystentów mgr. Andrzeja Pilcha i mgr. Franciszka Kuduka. Mimo tak niesympatycznie dla współczesnych brzmiącej nazwy przedmiotu, był on dzięki starannemu przygotowaniu do zajęć wykładowcy i prowadzących ćwiczenia bardzo przydatny. To były jedyne godziny, na których była mowa przede wszystkim o problemach szeroko rozumianego humanizmu, a dzięki prowadzącym ćwiczenia więcej zdecydowanie czasu poświęcono na zagadnienia filozofii, historii powszechnej i elementów naukowej organizacji pracy, niż na polityczną indoktrynację.

Bardzo ciekawa była fizyka, którą wykładał mgr Józef Kalisz. Doskonały metodyk, umiał swoim słuchaczom przekazać wiedzę w taki sposób, że potem egzamin był przyjemnością. Wynikało to z osobowości wykładowcy, bardzo surowego, zdecydowanego na wykładach, na których panowała nieprawdopodobna cisza, a życzliwego i przyjaznego w trakcie samego egzaminu. Mgr Józef Kalisz był wielkim kibicem piłkarskiej drużyny Cracovii (w tamtych latach Ogniwa), wiedzieliśmy, że zwycięstwo ukochanej drużyny wprawiało naszego wykładowcę w świetny nastrój. Dawał nam przykład jednego z zawodników Cracovii Stanisława Radonia, studenta akademii, który po niedzielnym meczu, nawet w odległym mieście, zawsze w poniedziałek meldował się na zajęciach. Do dyspozycji mieliśmy znakomity podręcznik prof. Mieczysława Jeżewskiego, przystępnie i – co się rzadko wśród podręczników zdarza – piękną polszczyzną napisanego.

Świetnie mówił o skomplikowanych sprawach chemii ogólnej dr Emil Zieliński, od pierwszej chwili wyczuwało się w nim serdeczną otwartość na nasze kłopoty, bo jednak chemia dla wielu z nas była przedmiotem sprawiającym spore problemy. Można było zgłaszać się na indywidualne konsultacje, na których dr Emil Zieliński zawsze dla zainteresowanych znajdował czas i zachęcał do korzystania z takiej formy wsparcia.

Przedmiotem, który zwłaszcza absolwentom ogólniaków sprawiał najwięcej kłopotów była geometria wykreślna. Było tej geometrii sporo, bo oprócz dwóch godzin wykładu, były cztery godziny ćwiczeń. Zajęcia prowadził mgr inż. Wiesław Zapałowicz, znakomicie to robił, ale te wszystkie „kłady”, „przenikania”, „układy trójwymiarowe” były zdecydowani za trudne. Większość wykonanych przeze mnie ćwiczeń była oceniona na 2,49, a świadczyło to o tym, że wykładowca dostrzega moje starania, ale na zaliczenie to one nie zasługują. Oznaczało jednocześnie, że jeżeli nie nastąpi wyraźna poprawa to po prostu nie otrzymam zaliczenia. Dzięki pomocy mojego kuzyna Andrzeja Ogorzałka – również studenta akademii – udało się na koniec semestru, dokładnie 18 stycznia 1954 roku, zdobyć wpis do indeksu „2,5”, a zatem dzięki sporemu wysiłkowi i serdecznej pomocy Andrzeja wywalczyłem tę brakującą jedną setną oceny i semestr zaliczyłem. Przyznam się, że już żadna ocena w przyszłości nie sprawiła mi takiej radości jak ta, otrzymana od mgr. inż. Wiesława Zapałowicza.

Semestr pierwszy, traktowany jako swoisty chrzest studencki zakończył się czterema egzaminami: matematyka, fizyka, chemia ogólna i krystalografia. Właśnie krystalografia u dr. Józefa Chojnackiego okazała się przedmiotem, z którym spora liczba kolegów nie potrafiła sobie dać rady.

Ostatni wpis w indeksie

W drugim semestrze w miejsce krystalografii weszły dwa nowe, już zawodowe przedmioty metalurgia ogólna z powszechnie lubianym i szanowanym prof. Feliksem Olszakiem oraz wstęp do metalurgii metali nieżelaznych z mgr inż. Janem Janowskim. Na koniec pierwszego roku mieliśmy pięć egzaminów: matematyka, fizyka, chemia ogólna, geometria wykreślna i podstawy marksizmu. Bardzo przyjemnie zdawało się matematykę, nie tylko dlatego, że na studiach inżynierskich było to pożegnanie z tym przedmiotem, ale również z sympatii dla znakomitego wykładowcy prof. Józefa Górskiego, który na egzaminie zrobił wszystko, abyśmy ten przedmiot dobrze wspominali.

Jeżeli ktoś sądził, że po zaliczeniu pierwszego roku jest się już studentem o ustabilizowanym statusie, to się bardzo mylił. Na drugim roku przybyły nowe przedmioty, m.in. mechanika techniczna oraz wytrzymałość materiałów. Wykłady z mechaniki technicznej prowadził prof. Mieczysław Damasiewicz, natomiast wytrzymałość materiałów – wykłady i ćwiczenia miał z nami mgr inż. Zygmunt Zieliński. Szczególnie ten drugi przedmiot nastręczył wiele kłopotów, o ile z prostymi przypadkami wytrzymałościowymi dobrze sobie radziliśmy, to wytrzymałość złożona wymagająca swobodnego operowania wiadomościami z analizy matematycznej dla wielu była przeszkodą trudną do pokonania. Przypadające na koniec roku egzaminy z obu przedmiotów miały charakter wybitnie selektywny, odpadła niemal połowa studentów, mimo że można było po trzykroć podchodzić do egzaminów. Skończyliśmy także lektorat z języka rosyjskiego z przesympatyczną mgr Ireną Gołembską.

Po dwóch latach studiów musieliśmy określić się co do wyboru specjalności zawodowej, dalszej drogi kształcenia. Do wyboru na studiach stacjonarnych mieliśmy następujące specjalności: metalurgia surówki i stali, metalurgia metali nieżelaznych, przeróbka plastyczna, gospodarka cieplna i budowa pieców, obróbka cieplna.

Wybór specjalności był swobodny, nie wyznaczono żadnych kryteriów ani warunków przyjęcia. Podział na poszczególne kierunki był w miarę równomierny, największą jednak grupę stanowili przyszli specjaliści od wytwarzania surówki żelaza i stali.

Wraz z grupą ponad dwudziestu koleżanek i kolegów wybrałem gospodarkę cieplną i budowę pieców. Na trzecim już roku studiów dominowały przedmioty zawodowe, specjalistyczne takie jak przepływ gazów i przenoszenie ciepła, opałoznawstwo i termodynamika – to były wykłady i ćwiczenia, prowadzili je prof. Roman Andrzejewski i mgr inż. Tadeusz Pawlik. Z przedmiotów ogólnohutniczych były: metaloznawstwo z mgr. inż. Stanisławem Gorczycą, Metalurgia surówki z mgr. inż. Janem Janowskim, Stalownictwo z mgr. inż. Władysławem Ptakiem. Obok etatowych pracowników naukowych akademii zajęcia z nami mieli pracownicy Centralnego Zjednoczenia Przemysłu Hutniczego w Katowicach: mgr inż. Jan Mikulski, mgr inż. Eugeniusz Matula, mgr inż. Aleksander Schillak. Dzięki nim uczestniczyliśmy w kilku konferencjach naukowo-technicznych poświęconych nowym technologiom hutniczym między innymi w: Instytucie Żelaza i Stali w Gliwicach, Hucie „Kościuszko” w Chorzowie, w Hucie „Warszawa” w Warszawie.

Karta Mieszkaniowa Domu Studenckiego

Po pierwszym semestrze czwartego roku studiów stanęliśmy wobec konieczności dokonania kolejnego wyboru, można było poprzestać na ukończeniu czwartego roku studiów lub zgłosić się na studia magisterskie, przy czym semestr drugi czwartego roku był traktowany jako ostatni dla studiów pierwszego stopnia lub pierwszy dla ciągu magisterskiego. Większość decydowała się na kontynuowanie studiów, chodziło tak naprawdę tylko o jeden rok dodatkowo. Był to chyba drugi rok wprowadzenia dwustopniowych studiów technicznych i stąd zapewne w miejsce kolegów, którzy przystąpili do pisania prac inżynierskich pojawili się nowi, wśród nich Urszula Kępska, książę Stanisław Lubomirski. Na studiach magisterskich z przedmiotów zawodowych mieliśmy modelowanie cieplne z prof. Romanem Andrzejewskim i wybrane tematy z budowy pieców hutniczych z mgr. inż. Tadeuszem Senkarą. Na nowo spotkaliśmy się z matematyką prowadzoną przez prof. Józefa Górskiego, następnie przez prof. Tadeusza Czarlińskiego, fizyką współczesną z prof. Tomaszem Wierzbickim oraz chemią fizyczną z mgr. inż. Stanisławem Zemburą i mgr. inż. Leszkiem Suskim. Był także lektorat z języka angielskiego z mgr Ireną Georgiewską.

Na początku piątego roku wybieraliśmy tematy prac dyplomowych, wszystkie miały charakter badawczy. Zdecydowałem się na Hutę „Łabędy” w Łabędach (obecnie Gliwice), gdzie od marca do czerwca 1958 roku prowadziłem badania pozwalające na opracowanie tematu: „Analiza pracy pieca martenowskiego 75-tonowego w warunkach normalnych oraz przy dmuchu wzbogaconym w tlen”. Przy organizacji badań i algorytmizacji ich wyników pomogli mi dawni absolwenci Wydziału Metalurgicznego, zatrudnieni w Łabędach: inż. Alfred Ostafil i mgr inż. Zbigniew Kulig. Dzięki nim mogłem praktykę dyplomową połączyć z pracą zawodową w stalowni, prowadziłem pomiary na jednym z pieców, dokonywałem zwykle na drugiej zmianie pomiarów technicznych na pozostałych pięciu. Równocześnie obok przygotowywania pracy dyplomowej dojeżdżaliśmy do Krakowa i składaliśmy ostatnie egzaminy. Zwolniony zostałem z „Kolokwium dziekańskiego”, do którego musieli przed egzaminem dyplomowym przystąpić wszyscy, których średnia z wszystkich egzaminów była niższa od „czwórki”. Pracę obroniłem w dniu 18 grudnia 1958 roku.

Promotorem moim był prof. Roman Andrzejewski, kierownik Katedry Gospodarki Cieplnej i Budowy Pieców, którego zachowałem we wdzięcznej pamięci jako znakomitego wykładowcę, a nade wszystko niezwykle serdecznego, życzliwego człowieka, wrażliwego na nasze kłopoty, zatroskanego wielce o to, by każdy z nas pomyślnie i w terminie studia ukończył.

Organizacja studiów

Przez pierwsze dwa lata studiów obowiązywała nas szkolna niemal dyscyplina, obecność i na wykładach i na ćwiczeniach była przez wyznaczonych starostów skrupulatnie sprawdzana. Trzeba tu jednak dodać, że był to raczej nakaz administracyjny, wykładowcy i asystenci nie przywiązywali do tego wagi, a projekty i ćwiczenia i tak trzeba było terminowo zaliczać. Zajęcia odbywały się sześć dni w tygodniu, z tym, że wtorek przeznaczony był na Studium Wojskowe. Dzień studencki zaczynał się o ósmej rano, w niektóre dnie kończył się o dwudziestej. Tygodniowo wypadało 34–36 godzin wykładów i ćwiczeń, nie licząc „wojskowego” wtorku.

Mocno stresujące były sesje egzaminacyjne. Już po pierwszym semestrze mieliśmy trzy trudne egzaminy na przestrzeni tygodnia, nie lepiej było w latach następnych. Pomagali nam bardzo swoją życzliwą postawą nasi znakomici akademiccy nauczyciele. Nie chodziło tu o jakąś nieuzasadnioną wyrozumiałość, wprost przeciwnie stawiane wymagania były bardzo wysokie. Jeżeli jednak ktoś słuchał wszystkich wykładów i w miarę systematycznie wykonywał zadane prace, to wystarczało by spokojnie przechodzić z semestru na semestr. Poziom merytoryczny zajęć i sposób przekazu wiadomości był bowiem na najwyższym poziomie. Absolwent naszej sekcji, pracownik naukowy Politechniki Śląskiej w Gliwicach dr inż. Kazimierz Kopeć tak o niektórych wykładowcach napisał:

„…Profesor Józef Górski znał matematykę w pełnym, nie tylko akademickim wymiarze; prof. Jerzy Sędzimir – świetnie przedstawiał kinetykę i dynamikę reakcji chemicznych, a ta wiedza okazała się niezbędna przy matematycznym modelowaniu procesów metalurgicznych; prof. Jan Sentek – ukształtował nasze umiejętności szkicowania maszyn i urządzeń, a to niezbędne w pracy każdego inżyniera; prof. Tadeusz Pawlik – znakomicie łączył teorię termodynamiczną z energetyką hutniczą; prof. Wacław Różański – wykładając metalografię już wówczas nawiązywał do teorii rozpoznawania obrazów i do metalografii analitycznej…”.

Dyplom ukończenia studiów w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie

Z kolei mgr inż. Franciszek Kopeć (przeróbka plastyczna), wieloletni dyrektor zakładów i instytucji w Szczecinie napisał: „…osobą, którą zapamiętałem serdecznie na zawsze była mgr inż. Olga Nielubowicz, która na egzaminie poprawkowym z krystalografii wyciągnęła mnie na „trójczynę”, a była to dla mnie sprawa w kategoriach „być albo nie być”. Prawdziwym Aniołem Stróżem była dla mnie pani mgr Lucyna Warmuzek, wieloletnia kierowniczka Dziekanatu Wydziału Metalurgicznego, tak bardzo wiele jej zawdzięczam…”.

Myślę, że każdy z nas spotkał się na tej uczelni z osobą, która pomogła mu w bardzo trudnym momencie studiów i za to naszej znakomitej akademii winni jesteśmy wdzięczność szczególną.

Koniecznie trzeba wspomnieć o Bibliotece Głównej Akademii, mieściła się ona na pierwszym piętrze gmachu A-0, tam gdzie dzisiaj są gabinety rektorskie. W przerwach między zajęciami znajdowaliśmy tam przyjazne schronienie, w głębokiej ciszy, przy wielkiej życzliwości pań bibliotekarek korzystaliśmy z różnych skryptów, podręczników i czasopism. Warto przypomnieć, że w tamtych latach dotkliwy był brak podręczników. Poza klasycznymi edycjami, starannie wydanymi podręcznikami: „Fizyki” Mieczysława Jeżewskiego, „Chemii ogólnej” Adama Bielańskiego, „Chemii fizycznej” Andrzeja Staronki, resztę stanowiły skrypty, czasami tak trudno czytelne, a po niektóre ustawiała się kolejka. Już na trzecim roku niezwykle uprzejme panie bibliotekarki wypożyczały na niedzielę nawet pojedyncze wolumeny.

Zdecydowana większość zajęć odbywała się w pawilonie A-2, część w gmachu głównym A-0. Ćwiczenia z elektrotechniki były na Podgórzu – Krzemionkach (dziś jest tam liceum ogólnokształcące).

Zgodnie z rygorystycznym zarządzeniem władz uczelnianych, każdy student przed rozpoczęciem kolejnego roku nauki musiał w dziekanacie przedstawić aktualną „kartę zdrowia”. Dla wielu, także i dla mnie nie była to tylko formalność. Czasami badania przedłużały się i trwały kilka miesięcy. Decydujący głos miała Miejska Przychodnia Przeciwgruźlicza dla Studentów przy ul. Skawińskiej, na Kazimierzu. Bez aktualnej „Karty Zdrowia” nie było mowy o miejscu w domu studenckim, czy o stypendium.

Legitymacja uprawniająca do ulgowych przejazdów tramwajowych

Przez pierwsze dwa lata studiów mieszkałem w Nowej Hucie. Codziennie przemierzałem trasę Plac Centralny – Rondo Mogilskie – Karmelicka i z powrotem. Dopiero w 1955 roku wprowadzono bezpośrednie połączenie, bez konieczności przesiadki na Rondzie. Korzystałem z biletów ulgowych kupowanych na podstawie wystawionej przez Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne legitymacji.

W 1955 roku przeniosłem się do Domu Studenckiego przy ulicy Reymonta 17 i do końca studiów mieszkałem z kolegami z sekcji, Romanem Kubisiakiem oraz Antonim Rajwą w pokoju 234 w łączniku między blokami.

Obiady, można też było wykupić w stołówce, w przyziemiach gmachu głównego, tam gdzie dzisiaj Klub Profesora. W stołówce panowały nader familiarne układy, zanim wykupiło się legitymację stołówkową, zawsze można było nieodpłatnie skorzystać z porcji zupy, kubka kawy rano i kubka herbaty wieczorem, pieczywa nikt nie ograniczał. Śniadania i kolacje większość z nas przygotowywała sama, dokonując zakupów w dobrze zaopatrzonym sklepiku w Domu Studenckim oraz w dobrze wyposażonych aneksach kuchennych.

Karta biblioteczna

Praktyki zawodowe

Nieodłączną częścią studiów były praktyki zawodowe, wakacyjne. Znaczenie szczególne miała pierwsza praktyka, inicjacyjne spotkanie z tym co nas przyszłych hutników czeka. Ostatni egzamin pierwszego roku z Chemii ogólnej zdawaliśmy 25 czerwca 954 roku, a już 1 lipca trzeba było zgłosić się w miejscu odbywania praktyki, to miejsce można było dowolnie z obszernej listy hut wybrać. Wraz z grupą kilkunastu kolegów z roku uznaliśmy, że dobrze będzie zacząć od miejscowości, w której powołano do życia Szkołę Górniczą, protoplastę naszej krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej i swoje kroki skierowaliśmy do Huty im. Feliksa Dzierżyńskiego w Dąbrowie Górniczej (przed wojną i obecnie Huta Bankowa). Od prowadzącego z nami Metalurgię ogólną prof. Feliksa Olszaka dowiedzieliśmy się w trakcie zajęć, że jest to huta o pełnym cyklu produkcyjnym, od aglomerowni po walcownię bruzdową. Była zatem znakomita okazja by zaznajomić się z pełną gamą hutniczych technologii. Koniecznie trzeba zaznaczyć, że niemal dla nas wszystkich był to pierwszy kontakt z hutą. Zamieszkaliśmy w Hotelu Robotniczym, na wprost pięknego neogotyckiego Kościoła Matki Boskiej Anielskiej, po drugiej stronie hotelu był obóz pracy przymusowej, z okien widzieliśmy jak pod okiem uzbrojonych strażników więźniowie wykonywali prace ziemne (dziś jest tam park). Pierwszy dzień praktyki przeznaczony był na obligatoryjne szkolenie z zakresu bhp i pogadankę o historii huty i miasta. Drugi dzień to spotkanie już na stalowni martenowskiej i niesamowite wrażenie huku łoskotu, zdawało się, że drżą i ziemia pod nogami i stalowe konstrukcje stopu potężnej hali stalowniczej. W hali panował suchy upał, ostry pył wzbijany przez wpadające ostre podmuchy powietrza osiadał na twarzach, na roboczych kombinezonach. Wszędzie płomienie ognia, a wśród nich uwijający się hutnicy. Z jednego z pieców akurat spuszczano stal, wlewała się szerokim strumieniem do kadzi, powietrze napełniło się rojem iskier, które rozświetliły ciemną dotychczas halę rozlewniczą. Wyraziście w dole rysowały się napełnione stalą wlewnice, stal bulgotała w nich, jak w zastygających kraterach wulkanów.

Dla wielu z nas po tym spotkaniu stało się jasnym, że wybraliśmy dobry zawód, bo metalurgia to jakby czarodziejski, tajemniczy proceder przetwarzania surowców natury w tworzywa bez których trudno wyobrazić sobie współczesne życie. I tak przechodziliśmy z wydziału na wydział, z uczuciem wielkiej pokory obserwowaliśmy jak w walcowni bruzdowej pracownicy na drągi przechwytywali wypadające z bruzd, rozżarzone do czerwoności stalowe kęsiska, by przesunąć je do kolejnego wykroju walca.

Jakoś tak po tygodniu pobytu dowiedzieliśmy się, że sąsiadująca z hutą Kopalnia im. Aleksandra Zawadzkiego daje szansę na dorobienie pracą na dole. Zatem prosto z huty przechodziliśmy na kopalnię, gdzie zatrudniono nas na drugiej zmianie przy pracach załadunkowych. Brakowało rąk do pracy, obok nas pracowali więźniowie. Nagrodą za ten trud była naprawdę sowita zapłata. Dzięki tej pierwszej praktyce zawodowej poznaliśmy zarówno pracę hutników jak i górników, a zatem to co stanowiło istotę i sens działalności Akademii Górniczo-Hutniczej. Szybko minął miesiąc praktyki, podczas której codziennie wypełnialiśmy dzienniczek praktyki, a to był warunek ostatecznego zaliczenia pierwszego roku studiów.

Po drugim roku studiów praktykę odbywałem w Hucie Baildon w Stalinogrodzie (Katowicach). Była to także praktyka o charakterze ogólnohutniczym, z tym że tu mogliśmy poznać technologie wytwarzania między innymi: wierteł, węglików spiekanych, elektrod, a także metody elektrometalurgii – wytopu stali stopowych w piecach łukowych i indukcyjnych. W porównaniu do poprzedniej praktyki to jakbyśmy zrobili przeskok od ilości do jakości, bo Huta Baildon w tamtych czasach to była ekstraklasa polskiej metalurgii.

Karta stołówkowa

Kolejną praktykę, sześciotygodniową na przełomie lipca i sierpnia 1956 roku odbyłem w Hucie im. Lenina w Nowej Hucie. Od prof. mgr inż. Romana Andrzejewskiego otrzymałem konkretny temat: „Opracować dokładny schemat produkcji tlenu w Tlenowni Huty im. Lenina”. Przygotowane opracowanie zawierało m.in.: bilans tlenowni, projekt doprowadzenia tlenu do stalowni martenowskiej, koszt wytwarzania metra sześciennego tlenu, koszty amortyzacji i przewidywane koszty inwestycyjne związane z wykorzystaniem tlenu do produkcji stali. Było to przygotowanie do pracy dyplomowej, którą miałem wykonać w Hucie Łabędy w Łabędach.

Praktyki zawodowe były trudnym do przecenienia dopełnieniem nauki na uczelni, może tylko szkoda, że dopiero po trzecim roku otrzymaliśmy tematy do opracowania, a można już było rozdać studentom po II roku.

Koleżanki. Koledzy

Po pierwszym oszołomieniu najpierw egzaminami wstępnymi, potem zupełnie dla nas nowym miejscem nauki i nowym jej rytmem przyszedł czas na poznanie współtowarzyszy, którzy tak jak ja zostali wpisani na listę studentów IB roku Wydziału Metalurgicznego. Uderzała rozpiętość wieku, najwięcej było „normalnych” maturzystów to znaczy ludzi w wieku 17–19 lat, ale także dużą grupę stanowili starsi, nawet ponad trzydziestoletni mężczyźni, żonaci, tęskniący za dziećmi. To jeszcze dawały o sobie znać czasy wojennych, edukacyjnych zapóźnień. Byli to przeważnie absolwenci dwuletnich Uniwersyteckich Studiów Przygotowawczych, formy wtedy popularnej, zapewniającej starszym przyśpieszone zdanie egzaminu maturalnego. Oni dość szybko rezygnowali ze studiów, budująca się Huta im. Lenina i miasto Nowa Huta przyjmowały ich z otwartymi rękami, dostawali mieszkania, stabilizowali się rodzinnie.

Niejako z urzędu wszyscy zostaliśmy członkami Związku Studentów Polskich, wszyscy też – tak mi się wydaje – weszli w skład koła Związku Młodzieży Polskiej, do tej organizacji należeliśmy przed wejściem w uczelniane progi. Ale próby podjęcia szerszej działalności o charakterze politycznym nie przyniosły większych efektów. Ogromne obciążenie zajęciami dydaktycznymi i chęć podołania obowiązkom studenckim sprawiły, że główna uwaga koncentrowała się wokół spraw związanych z nauką. Jeżeli już był czas wolny, to każdy wolał przeznaczyć go na pójście do któregoś ze znakomitych krakowskich teatrów, do operetki czy filharmonii, względnie na imprezę sportową.

Wydział Metalurgiczny należał do typowo męskich kierunków studiów, ale była również grupa dziewcząt, o dziwo dobrze sobie ze studiami technicznymi radzących, dwie spośród nich Tomira Brożyniak i Anna Kosińska zrobiły w przyszłości piękne naukowe kariery na uczelniach technicznych.

Nasz rok miał skład studencki międzynarodowy, największą grupę stanowili Koreańczycy z przesympatyczną Kim Giu Suk na czele, byli Bułgarzy i Węgier. Myślę, że czuli się wśród nas dobrze, zawsze mogli liczyć na życzliwą pomoc, zarówno w sprawach nauki jak i w sprawach życiowych. Koreańczycy na zajęciach byli grupą bardzo otwartą, pogodną, zawsze uśmiechnięci, po zajęciach całkowicie się jednak od nas izolowali. Pamiętam takie zabawne zdarzenie, Kim Giu Suk na wykładach zawsze starała się usiąść koło jednego z naszych kolegów, który wyróżniał się starannym prowadzeniem notatek. Oczywiście taka sytuacja wywołała różne komentarze i uznano, że jesteśmy świadkami powstania jeszcze jednej sympatycznej, studenckiej pary. Zapytana o to Kim najpierw się zdumiała, a potem oświadczyła, że nie rozróżnia jednego Polaka od drugiego, bo wszyscy mają takie same płaskie twarze. Ucięła w ten sposób wszelkie domysły, ale do końca swojego pobytu na uczelni pogodna, uśmiechnięta zawsze koło tego kolegi siadała.

Stopniowo nawiązywały się przyjaźnie, niektóre przetrwały do dziś. Niewątpliwie najwybitniejszym spośród nas studentem był Kazimierz Kopeć. Z nauką nie miał najmniejszych problemów, przez wszystkie egzaminy szedł jak burza. Zasłużył na miano człowieka renesansowego, w sposób szczególny interesował się matematyką, samodzielnie studiował różne jej dziedziny. Po latach na Politechnice Śląskiej w Gliwicach napisał pracę doktorską nt. „Obliczanie parametrów cylindrycznych pomp indukcyjnych do transportu ciekłych metali”. Zrealizował w ten sposób swoje marzenie o zintegrowaniu techniki i wysublimowanej matematyki. Oprócz matematyki uczył się języka koreańskiego…, z powodzeniem. Sławne były jego korepetycje z różnych przedmiotów. Chętnych, nie tylko z naszego roku, było sporo, a kiedy ktoś uporał się z zadaniem, wtedy na cześć delikwenta Kazimierz na skrzypcach wykonywał jakiś utwór i to była chyba jedyna jego nieco słabsza strona. Przepięknie zapisał się w naszej pamięci jako prawy, szlachetny człowiek zawsze gotowy do największych poświęceń na rzecz drugich.

Kilkakrotnie byłem zapraszany do gościnnego domu Tadeusza Kusiny w Koźmicach pod Wieliczką, wspólnie wtedy przygotowywaliśmy się do egzaminów, a w przerwach na pobliskim wiejskim boisku ćwiczyliśmy… rzuty młotem. Tadeusz w przyszłości dyrektor Huty Zawiercie w Zawierciu był autorem wielu wynalazków i patentów z dziedziny hutnictwa. Do świetnych studentów należeli także m.in. Ireneusz Piechowski, Antoni Rajwa.

Na trzecim roku studiów, kolega ze starszego roku Tadeusz Socholik założył drużynę hokeja na trawie. To było wówczas zupełnie coś nowego, ale nie przetrwała ona długo. Do najlepszych zawodników należeli Kazimierz Białas i Antoni Rajwa. W uczelnianej drużynie koszykówki grał Andrzej Fałda. Wyróżniającym się działaczem krakowskiego Środowiskowego Akademickiego Związku Sportowego był Roman Kubisiak, członek wielu gremiów krajowych i okręgowych sportu akademickiego. Jerzy Pabian w przyszłości znakomity projektant urządzeń hutniczych, przez cały czas studiów grał na skrzypcach w orkiestrze Zespołu Pieśni i Tańca AGH.

Odnowienie immatrykulacji po 50 latach – 19 listopada 2003 roku - fot. ZS

Po ukończeniu studiów rozproszyliśmy się po całym kraju. Niektórzy wyjechali poza jego granice, a karierę naukową spośród nas wybrali: Anna Kosińska, Kazimierz Kopeć, Robert Szyndler, Tomira Brożyniak, Roman Kubisiak, Bruno Styn, Jerzy Kubicki, Elżbieta Leśniewska, Tadeusz Rybka. Inni poświęcili się pracy w przemyśle hutniczym, w administracji państwowej, w oświacie dochodząc do dyrektorskich stanowisk i wszyscy, którzy studia ukończyli w sposób godny i odpowiedzialny reprezentowali swoją prześwietną i umiłowaną Akademię Górniczo-Hutniczą.

Na ostatnim spotkaniu uczciliśmy pamięć tych naszych koleżanek i kolegów, którzy odeszli na Wieczną Służbę m.in. Tadeusza Kusinę, Romana Kubisiaka, Macieja Kocybę, Krystynę Kamińską, Wojciecha Kaszubę, Bolesława Piecha.

O tym co nam dała i do czego zobowiązała Akademia Górniczo-Hutnicza pięknie napisał dr inż. Kazimierz Kopeć, a zatem do:

– „…nieprzerwanego studiowania literatury w celu naukowo-technicznego doskonalenia się i bieżącej orientacji w postępie technicznym;

– uwrażliwienia na metodologię pomiarową, wykorzystanie jej w praktyce w projektowaniu automatyzacji i komputeryzacji procesów metalurgicznych;

– studiowania rozwoju techniki pomiarowej – w najszerszym ujęciu – przystosowywania nowoczesnych rozwiązań na własny użytek…”.

Pochodziliśmy z różnych stron kraju, z różnych stanów społecznych, przez pięć lat pobytu na uczelni w dużej mierze dzięki naszym znakomitym profesorom, wykładowcom – wychowawcom stworzyliśmy środowisko, które za swój cel uznało zdobycie wyższego, technicznego wykształcenia wspartego rzetelną wiedzą i umiejętnościami. Ukończenie studiów wymagało wiele pracy, a Kraków przyciągał całą swoją wielkością, historią i urodą i wcale… nie ułatwiał studiów, bo jak napisał Jarosław Iwaszkiewicz w „Podróżach do Polski”: „…Był taki maj w Krakowie. Kto nie był w maju w Krakowie, ten nie wie co to jest maj. Liście i kwiaty kasztanu powpinane wszędzie w tej starej architekturze działają upajająco. Ja nie rozumiem jak można być krakowskim studentem, jak można się tutaj uczyć w tym pejzażu, w tej naturze…”. Nic dodać, nic ująć!

Naszym szczęściem było i to, że należeliśmy do pokolenia, które tu na Akademii Górniczo-Hutniczej mogło osobiście spotkać dostojnych luminarzy polskiej nauki, polskiej techniki, m.in.: prof. Witolda Budryka, prof. Walerego Goetla, prof. Feliksa Olszaka, prof. Aleksandra Krukowskiego, prof. Mieczysława Jeżewskiego, prof. Adama Bielańskiego, prof. Wilhelma Staronkę. Każdy z nich był dla nas wzorcem moralnym i naukowym, ich obecność miała na nasze postawy równie wielki wpływ jak wykłady i ćwiczenia na które niestrudzenie uczęszczaliśmy.

Stała się dla mnie Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie jakby „rodzinną” uczelnią, ukończyli ją przedstawiciele już trzech pokoleń wywodzących się z mojej najbliższej rodziny: Aleksander Ogorzałek (górnictwo), Kazimierz Unold (górnictwo), Radosław Unold (metalurgia), Andrzej Ogorzałek (elektrotechnika), Monika Ogorzałek (ceramika).

Było naszym wielkim szczęściem, wielkim darem Niebios, że mogliśmy przez pięć lat młodości spędzić w Krakowie na studiach w Akademii Górniczo-Hutniczej. Młodości towarzyszy szczególny przywilej, przeżywamy wtedy wiele ważnych spraw po raz pierwszy, wiele wzruszeń umysłu i serca dotyka nas po raz pierwszy, z niejedną trudnością, a nawet cierpieniem spotykamy się po raz pierwszy. Zapadają także pierwsze samodzielne decyzje, często nieodwracalne. I w tym właśnie odkrywaniu życia, ludzi, zagadnień tkwi świeża i piękna siła młodości, a sam Kraków to przecież jedyne takie miejsce na świecie, którego nazwa zawsze już będzie wywoływać drżenie serca i przyśpieszone krążenie krwi.

Jerzy Duda
Absolwent Wydziału Metalurgicznego z 1958 roku

(1) We wspomnieniach użyłem tytułów naszych nauczycieli akademickich, w brzmieniu wpisanym do naszych indeksów.