Vivat Akademia
Periodyk Akademii Górniczo-Hutniczej
29 kwiecień 2017
Strona GłównaVivat AkademiaSWAGHKontakt
Jak zostałem Napoleonem
29 listopad 2010

– No proszę! I co, nie warto dostać w skórę – mruknął z czułością brązowy niedźwiedź.

– Jeszcze nadejdzie dzień, w którym wspomnisz starego Balu z wdzięcznością.

(Rudyard Kipling. Księga dżungli)

Kraków przywitał mnie nienajlepszą pogodą. Było przejmująco zimno. Drogę do Akademii Górniczo-Hutniczej znałem na pamięć – wszak z dyplomem inżyniera opuściłem jej mury dopiero lekko ponad rok temu. Dyrektor Zjednoczenia Kamieniołomów Drogowych delegował mnie do omówienia z profesorem Julianem Sulimą-Samujłłą zakresu ekspertyzy dotyczącej wielkości ładunków materiału wybuchowego w jednym z kamieniołomów Dolnego Śląska.

Profesora znałem jeszcze z czasów, gdy był dyrektorem technicznym PP Kamieniołomy Śląskie w Świdnicy, a zarazem nauczycielem w gimnazjum i liceum szkoły zawodowej przemysłu kamieniarskiego. „Julek” – jak go nazywaliśmy – był niezwykle życzliwym, uczynnym i serdecznie lubianym „belfrem” z jakim mi przyszło mi mieć kontakt w szkole średniej. Nie widziałem go prawie przez dwa lata, więc cieszyłem się na to spotkanie. Nie zawiodłem się. Przywitał mnie uśmiechem, a nawet z odrobiną wylewności. Był prodziekanem Wydziału Górniczego. Jak to „starzy znajomi” pogadaliśmy o różnych zawodowych i osobistych sprawach. Potem weszliśmy na temat zakresu ekspertyzy. Mówił rzeczowo, zwięźle, z odrobiną humoru, spokojnie i cichym głosem.

Drzwi do gabinetu nie zamykał, dlatego z sekretariatu dochodziły nas głosy studentów, sekretarki oraz trzask maszyn do pisania. Spotkanie trwało około godziny. Postanowiłem przejść się jeszcze po dawnych korytarzach, na posadzkach których zdarłem niejedne podeszwy. Dokończyłem picie kawy i pożegnałem się z profesorem. Uśmiechnął się i zasalutował.

fot. arch. Jana I. Korzeniowskiego

– Trzymaj się!

Kiedy byłem już w sekretariacie nagle usłyszałem wołanie. Wróciłem patrząc pytająco na prodziekana. Stał za biurkiem i grzebiąc w papierach, stosem zalegających na blacie, zapytał przez ramię:

– Dlaczego nie robisz magisterki?

Zdębiałem. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wreszcie wyksztusiłem:

– E… e… nie stać mnie na taki luksus, muszę pracować, żeby żyć… Tak się akurat składa… Wrocław daleko, pracy nie rzucę, zarabiam osiemset złotych i jakoś wiążę teraz koniec z końcem… Z pracy nie zrezygnuję, bo nie miałbym jak się utrzymać… Muszę myśleć o chlebie… – powiedziałem zaskoczony i szczerze. Znał moje warunki bytu więc nie kryłem się ze swoją biedą.

– Rozumiem, ale mimo to warto, abyś zrobił tytuł magistra…

Popatrzyłem na niego sądząc, że żartuje. Uśmiechnął się do mnie zachęcająco.

– Tak, tak, mówię serio… Rób kurs magisterski!

– To niemożliwe… zresztą, o ile wiem… to zimowa sesja egzaminacyjna jest już za miesiąc… a ja nie jestem studentem dziennym… nie byłem też na żadnym wykładzie… Nie, to niemożliwe… – żachnąłem się nerwowo.

– Nie szkodzi… Zróbmy tak: ja wciągnę cię na listę studentów, a ty spróbujesz zdać egzaminy… Umowa stoi?

– Ale… nie mogę przecież zrezygnować z pracy… Wrocław… jaki to będzie ze mnie dzienny student skoro nie mogą być na żadnym wykładzie ani na ćwiczeniach… Gdzie Krym, a gdzie Rzym… Wrocław daleko od AGH… – oponowałem.

– Dasz radę! – powiedział stanowczo. – Siadaj i pisz podanie o przyjęcie na studia!

Podsunął mi krzesło. Usiadłem jak automat. Podał mi papier i długopis. Zaczął dyktować tekst podania.

– A teraz napisz wsteczną datę…

Napisałem jak kazał. Bezwolnie ulegałem jego naciskowi. Nerwowo nabazgrałem podpis i podałem mu podanie. Ciągle stał i jego postać częściowo zasłaniała okno, za którym lekko siąpiło. Pochylił się nad biurkiem i napisał na podaniu kilka zdań. Cierpła mi skóra. To jakiś szalony pomysł z tym magisterskim. To się nie może udać!

– Poczekaj chwilę! – profesor klepną mnie w ramię. Wszedł do sekretariatu i usłyszałem:

– Pani Marysiu, przegapiłem jedno podanie, które mi się zawieruszyło w biurku…

Zadzwonił telefon i dalszej rozmowy nie udało mi się usłyszeć. Wsłuchiwałem się tylko w trzask maszyn do pisania i gwar rozmów. Drzwi do sekretariatu ciągle się otwierały to zamykały – wychodzili i wschodzili studenci z różnymi sprawami, z indeksami, kartami egzaminacyjnymi, legitymacjami, zaświadczeniami, pytali o rozkłady zajęć… Ruch był duży. Ogarniały mnie wątpliwości i byłem zły na siebie, że uległem namowom profesora. Jednak było już za późno na zebranie i uporządkowanie myśli, bo wrócił profesor.

Zaciągając trochę litewskim akcentem oznajmił z zadowoleniem:

– No, sprawa załatwiona… Jesteś studentem na kursie magisterskim… Idź, odbierz indeks i załatw kilka formalności!

– Dziękuję – wybełkotałem, choć ogarniał mnie coraz to większy lęk. Nigdy nie myślałem, że będę jeszcze studentem. Zaangażowany pracą zawodową łaknąłem wiedzy praktycznej, a nie teoretycznej. Nie dostrzegałem potrzeby dalszych studiów. A tu nagle zwaliło się na mnie zadanie, które wydawało mi się już na początku nierealne.

Kiedy wyszedłem z gabinetu prodziekana byłem oszołomiony i tak zakręcony, że nie wiedziałem w która stronę mam iść. Chciałem gdzieś usiąść i spokojnie pomyśleć. Ostatecznie trafiłem do piwnicy, do baru mlecznego. Tam – sącząc kefir z kubka – macałem i z niedowierzaniem oglądałem indeks „przymusowego” studenta lat 1957–1959.

***

Najbliższe Krakowowi kamieniołomy podległe zjednoczeniu wrocławskiemu to Zalas, Krzeszowice, Regulice, Niedźwiedzia Góra. Jako inspektor górniczy z ramienia zjednoczenia były one dla mnie teraz najczęstszym celem wizyt. Zahaczałem wtedy o Kraków i wpadałem do internatu na ulicy Reymonta, gdzie szybko zaprzyjaźniłem się z dwoma studentami (Gienkiem W. i Jasiem P.), którzy dobrze prowadzili notatki z wykładów. Spisywałem co się dało, pożyczałem też w bibliotece skrypty i książki. Musiałem się spieszyć, bo sesja egzaminacyjne siedziała już na karku. Wracałem do Wrocławia nocą.

W pracy jednak miałem kłopoty. Na szczęście, moje wyjazdy nie wzbudzały podejrzenia dyrektora, gdyż szef Staszek Ch. (przezywaliśmy go „Waśka”), którego wtajemniczyłem w sprawę, umiał je zręcznie uzasadniać. Do dziś nie wiem jak on to robił. Zawsze znalazł powód wyjazdu. Szykowałem się do egzaminów. Nie przewidywałem trudności z wyjazdami, tym bardziej, że dyrektor wyjechał na kilka dni.

Niestety, akurat w sesji egzaminacyjnej w biurze miałem wiele pracy i z polecenia dyrektora wstrzymano wyjazdy inspekcyjne. Miesiąc „kucia” poszło na marne. Uciekały dni jeden za drugim, a ja nie mogłem wyjechać na egzaminy do Krakowa. Minęły terminy trzech egzaminów. Pełna klapa.

Staram się nigdy nie kłamać, ale w pewnych sytuacjach kłamstwo może być wytrychem do wszystkiego: udałem chorobę i postarałem się o zwolnienie chorobowe, na trzy dni. To wystarczyło, aby wyjechać na egzaminy. Powołując się też na rzekome choroby, udało mi się telefonicznie uzgodnić terminy i godziny egzaminów… tyle tylko, że pięć w jednym dniu! Pomiędzy godzinami egzaminów niewiele miałem czasu, tyle jednak, że wystarczyło na przejście z budynku do budynku, z piętra na piętro i odnaleźć egzaminatora.

Pięć egzaminów w jeden dzień – tego jeszcze nie było!

***

W Krakowie byłem już o szóstej. Pierwszy egzamin miałem o dziewiątej. Czasu miałem sporo. W barze zjadłem jajecznicę i popiłem mlekiem. Idąc korytarzami uczelni naciskałem kolejno klamki, szukając wolnego pomieszczenia. Jedna z małych sal wykładowych była otwarta. Usiadłem przy najbliższym stole i rozłożyłem notatnik. Czułem się napięty i zmęczony, więc po chwili zrezygnowałem z przeglądania zapisków.

– Trudno – i jak mówiła moja babcia – Co będzie, to będzie!

Przesiedziałem godzinę gapiąc się bezmyślnie w okno. Nerwowo zerkałem na radziecką pobiedę, którą dawno kupiłem od Rosjanina będąc na praktyce studenckiej w kamieniołomie piaskowca w Bolesławcu, w którym przez okrągły miesiąc ładowałem kamienie do koleb. Minuty mijały nieubłaganie, czas było się zbierać. W dziekanacie załatwiłem formalności. O tej porze ruch na uczelni był już duży.

Pod drzwiami gabinetu profesora Sulima-Samujłły byłem nieco za wcześnie. Przyszedł punktualnie o dziewiątej. Przywitał mnie krótkim – Wejdź!

Egzamin przebiegał gładko, dotychczasowa praktyka i znajomość wielu zakładów górniczych były mi pomocne. Trochę palnąłem gafę mówiąc o detonacji materiału wybuchowego „eksplozja”. Skończyło się na przypomnieniu m, że to nie to samo. Pierwszy egzamin miałem za sobą.

Gabinet Stanisława Sobolewskiego, specjalisty od przeróbki mechanicznej, był naprzeciwko drzwi „Julka”. Zapukałem do drzwi i nie czekając na zaproszenie nacisnąłem klamkę. „Sobol” siedział przy biurku pisząc.

– Poczekaj! – usłyszałem jego trzeszczący głos. Wycofałem się na korytarz. Moja pobieda wskazywała, że przyszedłem przed umówionym czasem.

– Cholera! – zakląłem pod nosem. – Od pobytu w Świdnicy „Sobol” nic się nie zmienił: jak zawsze dokładny, pedantyczny.

Jako nauczyciel przeróbki mechanicznej w szkole kamieniarskiej był zawsze wymagający i ostry w ocenach. Staranny wykładowca, zawsze przychodzący na lekcje przygotowany. Doskonale wykładał, a jego rysunki na tablicy były wykonane mistrzowsko. Wszystkie od linijki, a jakże! Uczył technologii przeróbki mechanicznej oraz fizyki ogólnej.

Punktualnie o umówionej godzinie usłyszałem przez drzwi: – Wejść!

Z przeróbki mechanicznej skał czułem się pewnie, znałem wiele maszyn, przeróbczych, których montaż nie raz, nie dwa oglądałem i nadzorowałem z ramienia zjednoczenia. Znałem maszyny i układy technologiczne przeróbki dość dobrze, pomimo to łamałem się, kiedy „Sobol” nie popuszczał i wiercił do bólu dziurę w brzuchu. Każda część maszyny musiała być dokładnie opisana, każdy ruch części kruszarki wyjaśniony i uzasadniony. Byłem na granicy oblania, mimo, że w tej dziedzinie nauki czułem się pewnym. Przyznaję, iż do tego przedmiotu nauczania przykładałem się najmniej, uważając, że przeróbkę mechaniczną mam – dzięki praktyce – w małym palcu. A jednak! Pociłem się nie tylko z powodu niepewności odpowiedzi, ale i ze wstydu przed tym dawnym „belfrem” świdnickim. Konstrukcję maszyn przeróbczych, układy technologiczne i inne togo typu zagadnienia szły mi gadko, lecz łamałem się na takich elementach jak – przykładowo – teoria ruchu eliptycznego przesiewacza.

No cóż, egzamin nie poszedł najlepiej, ale stopień „państwowy” (dostateczny) w mojej sytuacji był zadawalający. Spodziewałem się jednak lepiej.

Zbliżała się dwunasta i byłem zaniepokojony – jeżeli egzamin z ekonomiki górniczej, organizacji prac i planowania u profesora Adama Trembeckiego potrwa długo, to nie zdążę na egzaminy z matematyki oraz z mechaniki górotworu. Egzaminy, których obawiałem się najbardziej.

Tym razem poszło gładko, jednak nie bez kłopotów. Doszliśmy do krzywej kosztów nakładów inwestycyjnych i ich zwrotu, którą – aby dojść do sumy kosztów – należało scałkować. Profesor zapytał jak to zrobić nie mając równania. Odpowiedziałem, że można scałkować graficznie. Wtedy padło pytanie:

– Jak się to robi?

No i nerwy. Sięganie pamięcią do wykładów matematyki sprzed czterech-pięciu lat. W sytuacjach ekstremalnych mózg działa nadpobudliwie i tym razem nie zawiódł. Kiedy mignęły mi prze oczami wykresy, krzywe, rzuty, osie i kłady, kiedy zamrugały do mnie X i Y – przyszło olśnienie i pokazałem jak się całkuje.

Profesor mruknął:

– Żaba by to szybciej zrobiła!

Mnie było wszystko jedno, może być nawet i żaba, egzamin miałem zaliczony. Wielka ulga!

Teraz pędem do innego pawilonu, do matematyka Kazimierza Szpunara. Czas był najwyższy, moja pobieda mogła to potwierdzić. Przed drzwiami stało kilku studentów, ciężko przestraszonych, o bladych twarzach, nerwowo grzebiących w notatkach. Wyglądali jak skazańcy idący na szafot. Nie wiem, czy powtarzali sobie cicho zwroty i definicje matematyczne, czy też się modlili, bo usta im się poruszały w cichym szepcie. Nikogo nie znałem, byłem wśród nich obcy. Zaczepiłem wystraszonego chudzielca i zapytałem, co się dzieje.

– Połowa wyleciała… – odpowiedział.

– Nie zdali?

Kiwnął głową i oddalił się pod okno, gdzie było jaśniej. Postanowiłem wejść jako ostatni. Mądrala ze mnie – wszyscy tak kombinowali. Co który student, czerwony jak burak lub biały jak papier wyleciał z gabinetu, zaraz go otaczali, głodni wiedzy koledzy.

– Zdałeś? Nie? A o co pytał? Bardzo maglował? O kurcze, kurcze, kurcze…

Ten, który zdał, przybierał pozę Napoleona i wodził dumnie wzrokiem, niczym cesarz pod Jeną. To już nie był strach, a panika. Zbierałem na giełdzie wiadomości i raz po raz zaglądałem do zeszytu lub książki. Udzieliła mi się napięta atmosfera.

Przyszedł czas i na mnie. Wszedłem do gabinetu. Szpunara – siedział bokiem do okna. Wydawał mi się niskiego wzrostu. Wyglądał sympatycznie. Na biurku miał nieład, sporo kartek papieru walało się po blacie. Robił wrażenie zmęczonego.

– Siadaj! – powiedział nie patrząc na mnie. – Nazwisko?

Usiadłem podając mu kartę egzaminacyjną. Przeczytał nazwisko i podniósł wzrok. Zaczął mnie świdrować przekrzywiając lekko głowę.

– Nie pamiętam cię z ćwiczeń… Jesteś tu obcy, skąd się tu wziąłeś?

Szczęka mi zesztywniała. Stężałem na całym ciele. Nie wiem, co powiedzieć. Jak przyznam, że nie byłem na żadnych z ćwiczeń z matematyki obleje mnie niechybnie albo po prostu nie dopuści do egzaminu. Koniec kropka. Skąd się tu wziąłem? Nie powiem, że urwałem się z choinki, chociaż nie byłoby to dalekie od prawdy. Patrzę wystraszony na jego palce przewracające kartki indeksu.

Nagle wyrwało mi:

– Z Politechniki Wrocławskiej, przeniosłem się…

– Ach tak… a… wydział?

– Budowlany – kłamałem bez zająknięcia. Pot spływa mi po czole.

– Kto tam uczy matematyki?

Do diabła! Skąd mam wiedzieć… Szukałem gorączkowo w myślach jakiegoś matematyka na Politechnice, ale nic mi do głowy nie przychodziło. Nikogo nie znałem. Walnąłem więc bezczelnie:

– Doktor Drozdek…

Było to nazwisko kolegi z pracy, pracownika w dziele głównego mechanika. Oczy profesora powędrowały do wiszącego na ścianie, oprawionego w złote ramy białego orła, jakby chciał go ukoronować. Przez długą chwilę trwała przygniatająca mnie cisza. Wreszcie profesor westchnął głęboko.

– Nie znam… No, ale do rzeczy…

Uff! Najgorsze minęło. Poczułem się raźniej. Nic tak nie boli jak ujawnione kłamstwo. Pokazał mi funkcję i kazał wyprowadzić drugą pochodną. Na wydziale inżynierski miałem z matematyki stopień bardzo dobry i byłem zwolniony z egzaminu. Coś tam jeszcze w skołowanej głowie zostało, powyciągałem więc z zakamarków mózgu resztki wiedzy i podałem rozwiązania. Kazał objaśnić wszystkie składowe pochodnej i podać je na wykresie. Zrobiłem, co kazał. Pytał o definicje… jeżeli dwie funkcje mają w pewnym punkcie równe pochodne, to różnica tych funkcji jest w tym przedziale stała… recytowałem lekko bełkocząc z napięcia. Potem jeszcze twierdzenie o całce oznaczonej… i w indeksie stopień „dobry”!

Byłem Napoleonem!

Pod drzwiami otoczyli mnie nieszczęśnicy, których czekało spotkanie z profesorem Szpunarem, jak się okazał zupełnie facetem przyjacielskim, rzeczowym choć wymagającym pedagogiem… no… może zbyt nerwowym człowiekiem.

Spojrzałem na pobiedę. Cholera! Za chwilę zacznie się egzamin z mechaniki górotworu. Klepnąłem chudego w plecy:

– Złamania karku, muszę lecieć!

Biegłem przeskakując kilka schodów naraz. Gubiłem się. Pytam kogoś o gabinet profesora Stanisław Kormana. Wreszcie trafiam. Pod drzwiami czekają jacyś „powtórniacy”, którzy nie zgłosili się na egzamin w wyznaczonym terminie, Sapiąc ze zmęczenia, pytam jak leci.

– Dwóch oblało… rzuca mięsem, jest niedobrze – odpowiada jeden z nich. Trudno co będzie to będzie. Sięgnąłem po książkę i przeglądałem strony. Byłem zmęczony nic mi nie wchodziło do łepetyny. Z trzaskiem zamknąłem podręcznik. – Trudno, co będzie, to będzie! Otwarły się drzwi i wychyliła się głowa profesora.

– Ilu was jest? – rzucił pytanie.

– Trzech…

– Dobra, wchodźcie wszyscy!

Wchodzimy i siadamy przy oddzielnych stołach. Przy tablicy stał znajomy mi Stasiu. W. Poznał mnie i uśmiechnął się do mnie szeroko. Niezwykle sympatyczny chłopak. Wiecznie radosny, uprzejmy i miły. Uśmiech nigdy mu nie schodził z pulchnej twarzyczki dziecka. Kiedy rozchylił usta pokazywały mu się na policzkach dziurki, niewinne jak u bobaska, synka mojej siostry. Stasiu pisał kredą, rozwiązując zadania. Korman przekładał jakieś luźne kartki. Czekaliśmy pokornie, aż się nami zainteresuje.

– Gotowe, panie profesorze – powiedział Stasiu cichym, łagodnym, śpiewnym, dziecinnym głosikiem wycierając dłonie o gąbkę. Profesor zerknął na tablicę, trwało to zaledwie sekundę.

– Źle! – warknął.

Gąbka w dłoniach Stasia znieruchomiała. Zrobił się jakiś jeszcze mniejszy, jakby chciał wejść do tablicy. Machał palcem po wzorach, cyfrach i rozkładał bezradnie ręce. Odwrócił się do profesora i uśmiechnął się radośnie.

– Dobrze, panie psorze…

– Źle! – odpowiedział, jak echo profesor. Jego głos był teraz wyższy i ostrzejszy. Miał zaczerwienioną twarz. Widać, że puszczały mu nerwy.

– Dobrze! – upierał się Stasiu pewny swego.

Korman rzucił ołówek na blat stołu, szurnął kartkami, które spadły na podłogę i zerwał się spieniony.

– Jak ci, pierdolony aniołku, mówię, że źle, to źle!

Radosny uśmiech Stasia rozszerzył się i dziurki na policzkach zrobiły się głębsze. Spokojnie odłożył kredę i gąbkę mówiąc desperacko:

– Właśnie, że dobrze!

Profesor stanął przy tablicy śledząc tok rozwiązania zadania. Odwrócił się do Stasia i – o dziwo – uśmiechnął się!

– Dobrze… Dawaj indeks!

Wychodzą Stasiu mrugnął do mnie i podniósł kciuk do góry. To mi wróciło świadomość po co tu przyszliśmy… Od razu powiem, że lubiłem wykłady profesora Kormana (oczywiście w poprzednim wcieleniu studenta). Mówił bez zawijasów językowych, prosto, klarownie, logicznie nie szczędząc przy tym praktycznych zastosowań teorii. Te przykładu z górnictwa nadawały sens uczenia się mechaniki górotworu.

Zapytał o nazwiska. Podaliśmy w kolejności wojskowej od prawej do lewej.

Profesor spojrzał na mnie i skrzywił się.

– A ty skąd się tu znalazłeś? My się znamy?

Zesztywniałem. Już chciałem powtórzyć bajeczkę o przeniesieniu się z innej uczelni, kiedy Korman nagle krzyknął:

– Zabieraj się stąd!

– Ależ, panie profesorze… – próbowałem oponować, ale nie dał mi nic powiedzieć. Wrzasnął tylko:

– Przynieś mi zaświadczenie od dziekana, że możesz przystąpić do egzaminu z mechaniki górotworu. Inaczej nie chcę cię tu widzieć!

Nie było wyjścia. Puściłem się biegiem na parter do dziekanatu. Modliłem się, abym zastał „Julka”. Dziekana nie było, to dobrze. Był profesor Samujłło. Miałem szczęście, bo mogło by go nie być. Byłaby to klęska. Mówię, że pan Korman wyrzucił mnie, nie chce pytać i kazał przynieść zaświadczenie, że mogę przystąpić do egzaminu…

„Julek”: kiwnął głową i bez słowa wypisał na pół kartki decyzję o dopuszczeniu mnie do egzaminu z mechaniki górotworu. Wspaniały człowiek! Skaczę znowu po kilka stopni naraz. Trwało to wszystko około dwadzieścia minut. Zdyszany wpadłem do gabinety Kormana. Tych dwóch jeszcze nie odpowiadało, łudziłem się, że czekali na mnie.

Profesor Korman przeczytał wręczony dokument i rzucił go ze złością na stół:

– Cholera, mówiłem, że od dziekania, a nie od pro!

W gardle miałem sucho. Zachrypiałem.

– Dziekana nie było, panie profesorze…

Spojrzał na mnie lekko zaczerwionymi oczami.

– No, dobrze, siadaj!

Odsapnąłem z ulgą.

Padło pierwsze pytanie. Profesor pokazał na pierwszego studenta, rosłego chłopa. Ten stękał, kwękał, pocił się, nic mu nie wychodziło, źle trafiał. I ja czułem się kiepsko. Miałem zupełną pustkę w głowie. Zjadały mnie nerwy. George Jessel, aktor amerykański, kiedyś napisał: Umysł ludzki zaczyna pracować w momencie, gdy się rodzimy i nigdy nie przestaje, dopóki nie wstajemy, żeby przemówić publicznie. Mądrala. Miał szczęście – nigdy nie musiał zdawać u profesora Kormana. Pewnie zamilkłby na zawsze… Nie dziwię mu się, że tak pisał – był komikiem…

– Powiedz ty! – profesor pokazał brodą na drugiego, cienkiego jak patyk studenta, wyraźnie niedożywionego. Ten zaczynał z innej beczki i też źle. Kolej na mnie. Zatkało mnie, nie mogłem wyksztusić słowa. Zbieram się jednak w sobie i rozumuję. Jeśli nie to, co powiedział pierwszy, i nie to, co powiedział drugi zdający to pewnie to… Gadam i trafiam. I tak kilkanaście pytań w tej samej kolejności. Szczęśliwie trafiam. Pod koniec pada pytanie:

…a żelazo ma jaką gęstość?

Nr I – nie wie. Nr II – nie wie. Nr III (ja) – też nie wie. Ale odpowiadam: skały takie jak granit, bazalt mają gęstość około 1800 do 2500 kg/ cm3, no to żelazo będzie miało pewnie trzy razy większą… to znaczy…

– Tak! – przerywa mi profesor. – Jak się nie wie, to trzeba wykombinować… Myśleć trzeba, myśleć!

Biedni studenci, oblali obaj. Dostałem ocenę dobrą… Znów byłem Napoleonem. Naprawdę miałem udany dzień. Chociaż, przyznaję, dostałem w skórę, ale z wdzięcznością wspominam „starego Balu” – moich wszystkich profesorów.

Studia magisterskie skończyłem w roku akademickim 1959/60.

Jan Izydor Korzeniowski


Jan Izydor Korzeniowski urodził się 4 kwietnia 1930 roku w Wadowicach. Tam też ukończył szkołę podstawową i gimnazjum. W latach 1948–1951 roku był uczniem Liceum Przemysłu Kamieniarskiego w Świdnicy. Studiował w Akademii Górniczo-Hutniczej (1951–1955 i 1957–1959). Na stałe związał się z górnictwem odkrywkowym i z Wrocławiem. Do Wrocławia przybył w 1955 roku skierowany nakazem pracy, rozpoczynając pracę w Centralnym Zarządzie Kamieniołomów i Klinkierni Drogowych, jako inspektor górniczy. Specjalizował się w technice robót strzelniczych, współtworzył w Polsce podstawy strzelania komorowego i długimi otworami.

Po tragicznym wypadku (20 listopada 1955), w którym zginęło dziesięciu górników, został powołany przez premiera rządu na członka zespołu upoważnionego do przeprowadzania masowego strzelania systemem komorowym. Współpracował przy układaniu przepisów górniczych bezpieczeństwa pracy, w tym strzelania długimi otworami. Kierował wieloma odstrzałami masowego burzenia skał (komorowymi, długimi otworami oraz na zrzut) w zakładach górniczych oraz przeprowadzał roboty strzałowe związane z wyburzaniem murów i fundamentów. Między innymi prowadził roboty związane z wyburzaniem materiałami wybuchowymi starych, przedwojennych filarów mostu nad Odrą, zniszczonego działaniami wojennymi we Wrocławiu (obecnie Mostu Pokoju).

Autor wielu artykułów w czasopismach technicznych, oraz książek technicznych:

– Strzałowy w kopalni odkrywkowej (Wyd. Śląsk,1972),

– Zarys dziejów górnictwa odkrywkowego (Wyd. SITG, Wrocław, 1992),

– Projektowanie kamieniołomów drogowych. Skrypt dla studentów górnictwa (Politechnika Wrocławska, Wrocław 1974),

– Prowadzenie ruchu odkrywkowego zakładu górniczego kopalin pospolitych (jako współautor książki. Wrocław. 1999 rok, publikacja nagrodzona przez Fundację „Bezpieczne Górnictwo” WUG),

– Kopaliny pospolite – prowadzenie ruchu zakładu górniczego. Wydawnictwa i Szkolenia Górnicze Wrocław. 2004 rok (współautor). Podręcznik.

– Mały leksykon górnictwa odkrywkowego, (współautor). Wydawnictwa i Szkolenia Górnicze. Wrocław. 2005.

– Roboty strzelnicze w górnictwie odkrywkowy. Wydawnictwa i Szkolenia Górnicze. Wrocław 2006 rok (współautor).

Książki w wersji elektronicznej:

– Korzeniowski Jan Izydor i Irena Zimmer-Raducka. Stosowanie materiałów wybuchowych i sprzętu strzelniczego. 711[03]Z2.01.

– Korzeniowski Jan Izydor i Irena Zimmer-Raducka. Wiercenie otworów strzałowych. 711[03].Z2.02.

– Korzeniowski Jan Izydor i Irena Zimmer-Raducka. Wykonywanie czynności strzelniczych. 711]03]Z2.03.

– Irena Zimmer-Raducka i Korzeniowski Jan Izydor. Stosowanie techniki strzałowej poza górnictwem. 711[03]Z2.04.

W początkowym okresie tworzenia Wydziału Górniczego Politechniki Wrocławskiej prowadził dla studentów wykłady z górnictwa odkrywkowego oraz projektowania kopalń. Wykładowca cywilnej techniki strzelniczej w Oficerskiej Szkole Wojsk Inżynieryjnych we Wrocławiu.

W latach 1960–1964 był pracownikiem Dolnośląskiego Biura Projektów Górniczych we Wrocławiu („Poltegor”), jako projektant i główny projektant kopalń odkrywkowych węgla brunatnego (Gosławice II, Jóźwin i innych) oraz podziemnych kopalń węgla brunatnego (Rygle II, Kaławsk).

Dyrektor techniczny, a następnie dyrektor naczelny Biura Projektowo Badawczego Kamieniołomów Drogowych (Biproskal Wrocław).

Członek państwowych komisji egzaminacyjnych, powołanych przez Kuratora Oświaty we Wrocławiu, na dyplom technika górnictwa odkrywkowego oraz mistrza w zawodzie górnik odkrywkowej eksploatacji złóż Wykładowca na wielu kursach dla strzałowych i techników górnictwa odkrywkowego. Wykładowca i członek komisji egzaminacyjnych z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy w górnictwie odkrywkowym, w tym węgla brunatnego.

Pracował społecznie, był wieloletnim sekretarzem, a następnie wiceprezesem Zarządu Oddziału Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Górnictwa we Wrocławiu, członkiem Głównej Komisji Górnictwa Odkrywkowego SITG w Katowicach, członkiem Głównego Sądu Koleżeńskiego ZG SITG Katowice oraz członkiem Rady Wojewódzkiej NOT we Wrocławiu. Uczestnik kongresów techników polskich.

Napisał powieści: Szkoła (Wrocław 1996), Powrót w cień miasta (opowiadania, Wrocław 2001) oraz (utrzymując bliskie kontakty z Muzeum im. E. Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym) szkic biograficzny Wincenty Stanisław Bałys, artysta rzeźbiarz i malarz (wyd. Fundacja „Czartak” Gorzeń Górny, 1998).

W 1998 roku wydał książkę Anegdoty i ciekawostki z życia Jana Pawła II. Wydawnictwo JQ Connection (Wrocław 2001) wznowioną w 2001 roku jako II i III wydanie uzupełnione).

Za opowiadania dostał nagrodę literacką redakcji tygodnika „Konkrety” (13 czerwca 1998).

Większość publikacji literackich związane była z miastem rodzinnym Wadowicami, w tym anegdoty: Uśmiech Wadowic (Wrocław 2005).

Inicjator powołania i redaktor czasopism technicznych „Kopaliny Pospolite”, a następnie „Kopaliny Podstawowe i Pospolite Górnictwa Skalnego”

Inicjator powołania i współwłaściciel firmy „Wydawnictwa i Szkolenia Górnicze. Burnat & Korzeniowski” – Wrocław. Współorganizator corocznego Forum Górnictwa Kopalin Pospolitych gromadzącego właścicieli i pracowników odkrywkowych kopalń glin, skał zwięzłych oraz piasków i żwirów z Polski i z zagranicy.

Generalny dyrektor górniczy, uzyskał stopień specjalizacji zawodowej inżynierów, nagrodzony wieloma odznaczeniami państwowymi i regionalnymi, w tym: Zasłużony dla Dolnego Śląska, Budowniczy Wrocławia, Złotą Odznaką Naczelnej Organizacji Technicznej (NOT) i srebrnymi i złotymi odznakami Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Górnictwa (SITG), Zasłużony Działacz Rady Wojewódzkiej NOT, Zasłużony dla Górnictwa, Zasłużony dla Wrocławia i Ziemi Wrocławskiej, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżami Zasługi i innymi odznaczeniami i pamiątkowymi medalami.