Vivat Akademia
Periodyk Akademii Górniczo-Hutniczej
13 grudzień 2017
Strona GłównaVivat AkademiaSWAGHKontakt
Moja droga do AGH i dyplomu inżyniera mechanizacji hutnictwa
03 sierpień 2012

Mając już 86 lat życia najwyższy czas, abym przekazał osobiste wspomnienia do mojej uczelni Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Stanisław Listwan

Pochodzę z wioski Grzechynia koło Makowa Podhalańskiego. Wspomnę mojego dziadka Jana Drobnego, który z żoną Karoliną wychował siedmioro dzieci. Był sekretarzem gminy w Makowie Podhalańskim, rolnikiem (ok. 5 ha ziemi), ogrodnikiem, pszczelarzem. Wujek Władysław – skończył Gimnazjum w Wadowicach, Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, dr filologii polskiej. Przed II wojną światową nauczyciel i dyrektor w gimnazjach. W czasie wojny organizator i dyrektor liceum wśród żołnierzy internowanych w Szwajcarii. Żołnierz II Dywizji Strzelców Pieszych, brał udział w kampanii francuskiej w 1940 roku, następnie internowany wraz z całą Dywizją po przekroczeniu granicy francusko-szwajcarskiej. Po wojnie współorganizator Uniwersytetu Szczecińskiego.

Wujek Stanisław – nauczyciel i dyrektor szkół podstawowych. Wujek Julian – kierownik mleczarni. Wujek Edward – technik mechanik, ukończył Przemysłówkę Krakowską. Przed wojną i po wojnie kierownik Biura Konstrukcyjnego w Fabryce Amunicji w Skarżysku-Kamiennej. Ciocia Emilia – ukończyła Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, polonistka, uczyła w gimnazjach. Ciocia Helena – pozostała w gospodarstwie. Córka Anna – moja mama, ukończyła szkołę gospodarczą i krawiectwo.

Z bliskiego sąsiedztwa w rodzinie Jancarzy było trzech księży. Z tatą chodziłem do szkoły, a moja mama była koleżanką ich mamy. Ksiądz Kazimierz Jancarz, proboszcz i kapelan Solidarności w Nowej Hucie, kolega błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, patriota i społecznik. Po stanie wojennym przeniesiony przez księdza kardynała Macharskiego do małej parafii, zmarł przedwcześnie na atak serca. Hutnicy z Huty Sędzimira ufundowali mu wspaniałą płaskorzeźbę z brązu umieszczoną na grobie rodzinnym, w cmentarzu przy kościele w Makowie Podhalańskim. Ksiądz dr Natanek pracujący w Krakowie zbudował w górnej Grzechyni ośrodek wypoczynkowy dla dzieci zwany Pustelnia Niepokalanów.

fot. arch.

To tylko niektórzy obywatele pochodzący z mojej małej wioski Grzechyni. Było zapewne jeszcze wiele innych wspaniałych osób, których niestety nie znam.

Urodziłem się 4 września 1924 roku, czyli prawie w zaraniu odzyskania niepodległości, po 123 latach niewoli naszej Ojczyzny. Mając 6 lat rozpocząłem naukę w siedmioklasowej szkole podstawowej w Makowie Podhalańskim. Byłem drugim dzieckiem w rodzinie. Pierwszym była siostra Joanna, następnym brat Leon, siostry Jadwiga i Irena. Rodzice posiadali małe gospodarstwo rolne (około 2,5 ha), trochę lasu i pastwiska. Oprócz tego ojciec był kowalem samoukiem oraz współwłaścicielem małego tartaku napędzanego kołem wodnym. Mama ukończyła szkołę podstawową i gospodarczą, a w wolnym czasie wykonywała pracę krawcowej dla potrzeb rodziny i sąsiadek. Rodzice wiele pracowali, by wyżywić i utrzymać rodzinę, praktycznie od rana do wieczora, a odpoczywali tylko w niedziele i święta. Chowali krowy (przeważnie dwie), świnie, kury na potrzeby rodziny. My dzieci, również od najmłodszych lat oprócz szkoły mieliśmy obowiązki w domu i gospodarstwie. Jedynie zimą było trochę więcej odpoczynku, wtedy najchętniej jeździliśmy na nartach lub sankach. Do wybuchu II wojny światowej ukończyłem siedmioklasową szkołę podstawową, przysposobienie wojskowe i kursy wieczorowe dla młodych rzemieślników w Makowie Podhalańskim. Nauka przysposobienia wojskowego odbywała się w ostatnich latach szkoły (zajęcia teoretyczne) oraz na poligonach wojskowych w czasie wakacji (zajęcia praktyczne). Około 3 miesięcy przed wybuchem wojny zostałem powołany do pełnienia służby wartowniczej przy obiektach wojskowych i strategicznych w Wadowicach. Pełniliśmy warty dzień i noc, uzbrojeni w karabiny z ostrą amunicją, przy mostach, budynkach, stojąc w małych budkach. Gdy armia niemiecka zbliżała się do Wadowic, a wojsko polskie opuszczało zajmowane obiekty zostaliśmy zwolnieni ze służby i na piechotę wróciłem do domu.

Nastała wojna. W czasie okupacji niemieckiej, wiosną 1940 roku przyjęty zostałem do nauki zawodu ślusarskiego u mistrza Włodzimierza Nosalika w Makowie Podhalańskim, poza tym pracowałem w domu i na roli razem z rodziną. Mistrz Nosalik obsługiwał również wodociągi makowskie w zakresie napraw i nowych instalacji w budynkach. Na stoku Makowskiej Góry zamożny obywatel z Warszawy wybudował okazałą willę, którą nazwał „Marysin” na cześć swojej żony. Gestapowcom spodobał się ten dom, wyrzucili jego mieszkańców i tam urządzili swoją siedzibę, a w piwnicach więzienie. Do tego więzienia przywozili z pobliskich miejscowości Polaków pochodzenia żydowskiego. Zdolnych do pracy wywozili do obozu w Oświęcimiu, starszych, kobiety i dzieci rozstrzeliwali na miejscu i tam chowali do wspólnych grobów. Gdy potrzebowali naprawy urządzeń wodociągowych zgłaszali się do mojego mistrza, a on wysyłał mnie do wykonania naprawy. Z wielkim strachem z teczką narzędzi na rowerze jechałem do tego gniazda morderców. W czasie naprawy uzbrojony gestapowiec stał przy mnie, a ja słuchałem tych straszliwych krzyków, zawodzeń, płaczu z rozpaczy ludzi stłoczonych w piwnicach.

W czasie okupacji niemieckiej przeżyliśmy bardzo trudne lata głodu i chłodu. Naszym pożywieniem było mleko i jego przetwory oraz ziemniaki i zaciera z żyta zmielonego na żarnach. Przez dwa lata nie mieliśmy w ogóle chleba. Niemcy zabierali krowy, świnie, zboże. Żołnierze niemieccy łapali nawet kury na podwórku. Żarna trzeba było ukrywać, bo gdyby znaleźli to niszczyli. W czasie praktyki ślusarskiej, gdy ukończyłem 16 lat zmuszony zostałem do pracy niewolniczej w tak zwanej służbie budowlanej (Baudienscie) na lotnisku wojskowym w Krakowie przez jeden rok. Pracowałem w warsztacie ślusarskim przy naprawach i remontach w budynkach wojskowych. Byłem w lepszej sytuacji od kolegów, którzy wykonywali głęboki wykop dla linii kolejowej z Katowic do Płaszowa, omijającej Dworzec Główny w Krakowie. Mieszkaliśmy w opuszczonej szkole przy ul. Warszawskiej na Prądniku Czerwonym. Piechotą w czwórkach ze śpiewem chodziliśmy do pracy. Praktyka ślusarska ochroniła mnie od wywiezienia do niewolniczej pracy w Rzeszy Niemieckiej. Zimą 1944/45 roku wojsko radzieckie wkroczyło do Makowa Podhalańskiego poprzez Makowską Górę od strony Jachówki, po krótkiej walce resztki wojska niemieckiego wycofały się na Suchą Beskidzką i Żywiec. Dziękowaliśmy Bogu i Matce Bożej, że oprócz głodu, zimna i ciężkiej choroby ojca nie doznaliśmy innych cierpień i cała rodzina doczekała wyzwolenia.

Jakie to było „wyzwolenie” to okazało się wkrótce, po przejściu pierwszych jednostek armii radzieckiej, następne prowadziły rewizje w domach, aresztowały działaczy Armii Krajowej. Mieli listy nazwisk przekazane prawdopodobnie przez gestapo. Zabrali dwóch dalszych sąsiadów, a jeden najbliższy miał szczęście, bo był nieobecny w domu. Jeden z wywiezionych wrócił, lecz ani słowa nie chciał powiedzieć gdzie był i jak przeżył katorgę syberyjską. Drugi nie wrócił i rodzinie ani żonie nie przekazano żadnych wiadomości o jego losie.

Wiosną 1945 roku zdałem wymagane egzaminy i otrzymałem świadectwo czeladnika ślusarskiego. Stanąłem przed dylematem co dalej. W małym rozdrobnionym gospodarstwie nie było żadnych szans egzystencji, jako ślusarz nie mogłem liczyć na pracę w okolicy. Postanowiłem opuścić dom rodzinny, wyjechać do większego miasta i tam szukać pracy, ewentualnie dalszej nauki – miałem przecież dopiero 21 lat. Wujek Julian Drobny z żoną mieszkał w Krakowie w dzielnicy Olsza, gdzie wynajmował mieszkanie w prywatnym domu i zgodził się, abym zamieszkał u niego. Po przyjeździe do Krakowa zaraz rozpocząłem poszukiwania pracy. Postanowiłem szukać w większym zakładzie, gdzie będzie wyższy poziom techniczny i możliwości awansu. Udałem się do Fabryki Zieleniewski przy ul. Grzegórzeckiej. Fabryka potrzebowała ślusarzy, więc bez trudności zostałem przyjęty do pracy wczesnym latem 1945 roku. W Fabryce Zieleniewski były dwa wydziały produkcyjne: wydział konstrukcji stalowych i zbiorników oraz wydział produkcji sprężarek powietrza. Rozpocząłem pracę na wydziale konstrukcji stalowych i zbiorników od usuwania części zniszczonego mostu Dębnickiego z Wisły, który został zburzony przez opuszczające Kraków wojsko niemieckie. Miałem dwie łódki zespolone, na nich drewniany podest, wytwornicę acetylenu, butle z tlenem, węże i palnik. Cały zespół był linami przymocowany do brzegu w odpowiednim miejscu na powierzchni wody. Na brzegu umocowane były windy ręczne. Współpracownicy wiązali linę windy do kawałków konstrukcji, które odcinałem palnikiem i wyciągali je na brzeg Wisły.

Po kilku miesiącach pobytu i pracy w Krakowie postanowiłem rozpocząć naukę w szkole średniej zawodowej wieczorowej. W budynku przedwojennej Przemysłówki na rogu al. Mickiewicza i ul. Krupniczej zorganizowano Liceum Mechaniczne – wieczorowe dla pracujących i tam zostałem przyjęty na pierwszy rok. Rozpocząłem naukę od września 1945 roku. Nie było łatwo – od godziny 6:00 rano 8 godzin pracy, mała przerwa na obiad i 5 lub 7 godzin nauki, oprócz tego zadania domowe, rysunki, projekty. W pracy po usunięciu złomu mostu Dębnickiego z koryta Wisły, pracowałem w brygadzie, która budowała główne przęsło mostu im. Józefa Piłsudskiego. Przyczółki mostu nie były uszkodzone, tylko główne przęsło zostało zniszczone przez cofające się wojska niemieckie. Przęsło było całkowicie zmontowane w hali – poszczególne elementy nitowane na gorąco, a tylko w miejscach łączenia segmentów (do transportu) zamiast nitów były śruby. Po rozkręceniu śrub poszczególne segmenty przewożono na miejsce ostatecznego montażu i połączono nitami na gorąco. Prawdopodobnie pierwsze wykonanie tego mostu przygotowane było również w Fabryce Zieleniewski, ponieważ była tam dokumentacja techniczna.

Po wykonaniu mostu awansowałem na stanowisko pomocnika trasera, a następnie trasera na wydziale konstrukcji stalowych i zbiorników. Praca trasera polegała na przeniesieniu wymiarów i kształtu z rysunku technicznego na konkretne elementy składowe konstrukcji, tak aby po obróbce według obrysów trasera można zmontować całość konstrukcji zgodnie z projektem. Traser współpracuje z konstruktorami i wykonawcami rysunku oraz wykonawcami konstrukcji, zwłaszcza z ich nadzorem. Błędy popełnione przez trasera powodują straty materiału i pracy wykonawców. Oczywiście, że nie potrafiłbym wykonywać tej pracy, gdyby nie wiadomości zdobyte w czasie nauki w liceum. Wykonywałem między innymi trasowanie zbiorników gazowych dla gazowni krakowskiej. Była to ciekawa konstrukcja: zbiornik zewnętrzny około 8 metrów średnicy otwarty, do niego wchodził zbiornik wewnętrzny otwarty odwrócony dnem do góry (dzwon) mocowany w prowadnicach, mogący się podnosić i opadać. W zbiorniku zewnętrznym, jako uszczelnienie jest odpowiedni poziom wody. Do zbiornika wewnętrznego doprowadzano gaz z gazowni, który następnie płynął do sieci miejskiej. Gdy ciśnienie gazu rosło, zbiornik wewnętrzny podnosił się, gdy malało opadał. W ten sposób pełnił rolę zbiornika i regulatora ciśnienia gazu w sieci miejskiej. Trasowałem również zbiorniki i rurociągi dla zakładów chemicznych, konstrukcje i pokrycie kopuły na dachu budynku Sejmu, klapy burzowe dla zapory wodnej w Porąbce (mocowane w górnej części zapory od strony wody), mogły mieć położenie pionowe lub poziome albo pośrednie uzyskiwane napędem elektrycznym), również wiele innych konstrukcji.

Około roku od przybycia do Krakowa wujek z żoną opuścił Kraków i mieszkanie. Byłem w nim zameldowany, lecz nie miałem przydziału. Z wielkim trudem przy pomocy Fabryki otrzymałem przydział na to mieszkanie. Minęły trzy lata nauki w liceum, wykonałem wymagane prace do egzaminu końcowego, zdałem wszystkie egzaminy i otrzymałem świadectwo technika mechanika z uprawnieniami do studiów wyższych. Pragę w tym miejscu podziękować wszystkim nauczycielom w liceum, byli to w większości profesorowie z wyższym wykształceniem przedwojennym, którzy nie tylko uczyli, ale również wychowywali. W czasie pracy i nauki w liceum przyjechał do mnie młodszy brat Leon, który po uzyskaniu matury w Makowie Podhalańskim rozpoczął naukę w Liceum Elektrycznym – dziennym, w tym samym budynku Przemysłówki. Mieszkaliśmy razem i praktycznie był na moim utrzymaniu.

Po roku przerwy zdałem egzaminy wstępne i rozpocząłem studia w Akademii Górniczo-Hutniczej, na Wydziale Mechanizacji i Elektryfikacji Górnictwa i Hutnictwa (1949/50 rok). Do studiów namówił mnie kolega z Makowa Podhalańskiego, którego poznałem w czasie praktyki ślusarskiej (Józef Januszkiewicz). On również rozpoczął studia w AGH rok wcześniej na Wydziale Górniczym. Najtrudniejszy był rok pierwszy, ponieważ gdybym się zwolnił z pracy zostalibyśmy z bratem bez środków utrzymania. Rodzice mogli dać nam jedynie trochę żywności. Dzięki dobrym przełożonym zostałem przesunięty do pracy w Ośrodku Szkolenia Zawodowego Przemysłu Metalowego, którego szkoła była w mieście, natomiast warsztaty szkolne na terenie Fabryki Szadkowskiego (dawniej Zieleniewski), a dyrekcja i biura w Rynku Głównym. Tam pracowałem na stanowisku młodszego konstruktora. Projektowałem i rysowałem różne części i narzędzia wykonywane przez uczniów w warsztatach szkolnych. Ponieważ mieszkałem na peryferiach Krakowa (Olsza, ul Potockich Boczna), więc wyjeżdżałem tramwajem do biura na godzinę 7:00 lub wcześniej, a wracałem późnym wieczorem. O godzinie 8:00 wychodziłem z biura na wykłady, które trwały do godziny 13:00 lub 15:00, jadłem obiad w stołówce AGH i wracałem do pracy. Ponownie wychodziłem na ćwiczenia po południu, a po ćwiczeniach znowu do pracy. Czasem, gdy nie miałem pilnej roboty i byłem bardzo zmęczony jechałem po ćwiczeniach do domu. Taki był mój pierwszy rok studiów w AGH. Z trudem zdałem wszystkie egzaminy I roku i uzyskałem promocję na II rok, lecz byłem strasznie zmęczony. W czasie wakacji wróciłem do normalnego stanu i podjąłem decyzję o rezygnacji z pracy. Okazało się to możliwe, ponieważ brat ukończył Liceum Elektryczne, otrzymał pracę i zobowiązał się, że będzie mi przysyłał 200 zł miesięcznie, aż do ukończenia studiów. Co spełnił całkowicie. Złożyłem wypowiedzenie z pracy i byłem przyjemnie zaskoczony, gdy moi przełożenie łącznie z dyrektorem oświadczyli, że mogę tak dalej pracować, że są z mojej pracy zadowoleni. Nie ustąpiłem, bo wiedziałem, że nie będę w stanie wykonać zadań w pracy i uzyskiwać dobrych wyników w nauce. Miałem wpojone zasady, że nie można brać pieniędzy nie zapracowanych lub cudzym kosztem. Teraz też częściej mogłem jeździć do domu rodzinnego i w wolne dni oraz wakacje pomagać rodzicom w gospodarstwie. I tak od drugiego roku studiów mogłem cały czas poświęcić nauce, przy bardzo skromnych środkach utrzymania.

Ponieważ studiowałem krótko po wojnie, miałem szczęście, że uczyli mnie przedwojenni wspaniali profesorowie, którzy ocaleli z pożogi wojny. Przekazywali studentom prawdziwą, niezakłamaną wiedzę i moralne wartości. Tak wiele im zawdzięczam, więc winien jestem serdeczne podziękowania. Prawdopodobnie już nie żyją, lecz pragnę wspomnieć niektórych: prof. Wrona – matematyka, prof. Wierzbicki – fizyka, prof. Czerski – chemia, dr Panow – geologia, mineralogia, prof. Olszak – wytrzymałość materiałów, prof. Krauze – części maszyn, dr Jasiewicz – metaloznawstwo, prof. Biernawski – obróbka mechaniczna metali, prof. Dawidowski – termodynamika, technologia ciepła i paliw, prof. Stella Sawicki – budownictwo ze statyką konstrukcji, prof. Kurzawa – elektrotechnika ogólna, prof. Kołek – maszyny, transformatory i prostowniki elektryczne, a także pomiary elektryczne, prof. Kobyliński – zarys metalurgii i odlewnictwa.

Lecz już przy końcu studiów niektórzy z nich byli usuwani, bo nie pasowali do ustroju socjalistycznego i nie dali się zniewolić. W czasie studiów nie brakowało indoktrynacji socjalistycznej. Już na kursach przygotowawczych do egzaminów wstępnych warunkiem było wpisanie się do Związku Studentów Polskich. Ja również wpisałem się do ZSP tak jak inni, bo od tego zależała w ogóle możliwość studiowania. Praktycznie tak jak większość nie działałem w związku, oprócz biernego udziału w różnych organizowanych masówkach, pochodach itp. Obowiązkowe studium wojskowe i ćwiczenia wakacyjne na poligonach wojskowych pełne były indoktrynacji komunistycznej i ateistycznej. Oprócz tego takie przedmioty jak nauka o Polsce współczesnej, ekonomia polityczna, marksizm z najważniejszą historią WKPB, pełne zakłamania i fałszu. W 1953 roku po wykonaniu zadanych prac i zdaniu wszystkich końcowych egzaminów otrzymałem dyplom inżyniera mechanizacji hutnictwa oraz stopień podporucznika ze studium wojskowego. Do studium magisterskiego (2 lata) miałem odpowiednie stopnie z egzaminów, lecz musiałem z niego zrezygnować, ponieważ nie mogłem dalej obciążać brata i rodziców, jak również nie miałem ani jednego dobrego ubrania. Otrzymałem wspaniałe narzędzia od mojej uczelni Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Ich wykorzystanie nie zależało tylko ode mnie, ale i od okoliczności, w jakich przyszło mi po studiach pracować.

Stanisław Listwan