Vivat Akademia
Periodyk Akademii Górniczo-Hutniczej
21 lipiec 2017
Strona GłównaVivat AkademiaSWAGHKontakt
Z cyklu: zagraniczne kariery absolwentów AGH
07 wrzesień 2012

Już nie tam, a jeszcze nie tutaj…

Wywiad z Wojciechem Szczypiorskim – Manager Materials Technology / Chief Metallurgist of HAZELETT Strip-Casting Corporation, Colchester, Vermont, USA

Wacław Muzykiewicz: Wojtku, jeśli dobrze pamiętam, to wyjechaliście z Renatą do USA w 1981 roku. Był to szczególny czas w Polsce. Byliśmy zaledwie kilka lat po studiach, u progu zawodowego życia. Mówię byliśmy, bo razem studiowaliśmy na Wydziale Metali Nieżelaznych AGH. Z Twoją żoną Renatą byłem nawet w jednej grupie, kończyliśmy tę samą specjalność. Jak z perspektywy tych minionych trzydziestu lat oceniasz (oceniacie) tę swoją radykalną decyzję? Pracowaliście wtedy w Kombinacie Górniczo-Hutniczym Miedzi (tak się w tamtym czasie nazywała firma KGHM „Polska Miedź” SA), w budującej się wtedy i rozwijającej Hucie Miedzi „Cedynia” w Orsku, w wyuczonym zawodzie. Dziś bywa, że jest to marzenie nie do spełnienia młodego magistra inżyniera…

Wojciech Szczypiorski: Po trzydziestu latach pobytu w USA, w naszym przypadku to dłużej niż mieszkaliśmy w Polsce, nie powinno być wątpliwości co do wyboru miejsca zamieszkania. I my takiego dylematu nie mamy. Miejsce, które wybraliśmy na drugą połowę naszego życia jest szczególnie piękne, z zielonymi górami i pięknymi, czystymi jeziorami. Mieszkamy w stanie Vermont, położonym na granicy z kanadyjską prowincją Quebec. Jest to mały stan, który ma około 600 tysięcy stałych mieszkańców. Niektórzy mówią, że mieszkańców jest mniej więcej tyle samo co krów. Druga (mniejsza) Szwajcaria.

Jak dla wielu ludzi naszego pokolenia, którzy wyjechali za granicę w latach osiemdziesiątych, wyjazd znaczył rozdzielenie rodzin i niepewną przyszłość. My mieliśmy szczęście wyjechać razem, tzn. Renata, nasz dwuletni syn Kuba i ja. Nasze najbliższe rodziny pozostały w kraju, co w tamtych czasach oznaczało niepewność możliwości spotkań, ograniczone możliwości porozumiewania się itd. Ta sytuacja trwała do 1989 roku. Nie był to łatwy okres ani dla nas, ani dla naszych rodzin w Polsce.

Aklimatyzacja w nowym kraju to jest proces dosyć skomplikowany. Znajomość książkowego języka z pewnością pomaga, ale to jest tylko początek długiej drogi asymilacji do miejsca, o którym nie wiedzieliśmy wiele przed przyjazdem. Zmiana reguł życia to jest zdecydowany szok nawet dla młodego, 27 letniego człowieka. Nawet małe, bzdurne na pierwszy rzut oka, wymogi tutejszej społeczności były dla nas dziwne. Tutejszy savoir vivre wymagał na przykład, aby zadzwonić i oznajmić wizytę u kogoś, nawet na bardzo krótki okres czasu. Rzadkie są przypadki, że ktoś „wpada” na pogawędkę bez uprzedniego zapowiedzenia się przez telefon.

fot. arch. WS

…to, co u nas co najwyżej się zdarzało, tam doświadczyliście jako obyczajową normę.

W tym przypadku tak. Oczywiście, to nie był największy problem z jakim spotkaliśmy się w USA, ale jeden z pierwszych objawów innego życia, do którego przyjdzie nam się przyzwyczaić w przyszłości.

Pierwsze miesiące pobytu w USA to z pewnością niepokój o przyszłość, potrzeba zaspokojenia stabilności młodej rodziny, niepokój o rodzinę w kraju. Wszystko w tym samym czasie. Sprawy imigracyjne były na pierwszym miejscu, bo były bardzo trudne do załatwienia i jednocześnie niezbędne do spokojnego, stabilnego życia. O pracę nie musieliśmy się martwić, bo firma amerykańska, z którą współpracowałem w Polsce, zaoferowała mi pracę, którą wykonuję do dzisiaj.

Kilka miesięcy po naszym przyjeździe do USA ogłoszono w Polsce stan wojenny, co skomplikowało nasze kontakty z rodzinami w kraju i z pewnością zdecydowanie pogorszyło nasze samopoczucie. Były to najbardziej „chwiejne” chwile naszego życia w USA.

Jak zostaliście przyjęci w nowym środowisku?

Na samym początku pobytu nie mogliśmy się nadziwić przychylności ludzi, uśmiechów i przyjaznych gestów. Dlaczego mówią „Hi” do nieznanych im osób na ulicy i dlaczego się do nich uśmiechają? Dziwiło to również naszych gości, którzy przyjeżdżali w odwiedziny z Polski. Muszę przyznać, że jest to miły zwyczaj i warto by go przyjąć w Polsce. Rozchmurzmy się trochę!

My tak mamy na szlakach turystycznych, a przynajmniej tak było (ostatnio zaniedbałem górskie wędrówki, nad czym bardzo ubolewam).

Tutaj muszę zaznaczyć, że Amerykanie w naszym stanie zawsze byli bardzo mili i pomocni, szczególnie w początkowym okresie aklimatyzacji. Dowcipy polskie były rzadkością i zapewne rodzajem „topienia pierwszych lodów” w nawiązywaniu stosunków raczej niż poniżania nas jako Polaków. Prawdopodobnie były one pozostałością emigracji Polaków na przełomie XIX i XX wieku.

Na ile pomocne w Stanach okazały się Twoje doświadczenia zawodowe, wywiezione z Polski?

Doświadczenie zawodowe z Polski bardzo szybko przydało mi się w nowym środowisku. Firma amerykańska, od której kupiliśmy maszynę odlewniczą dla huty w Orsku, nie miała ludzi doświadczonych w jej użytkowaniu. Ja przyjechałem ze świeżym dorobkiem doświadczeń i gruntowną wiedzą otrzymaną na AGH, bez której nie miałbym większych szans na szybką karierę w nowym kraju.

Wiedza, jak się okazało, mówi wieloma językami i przełamuje bariery lingwistyczne i kulturowe. Bardzo szybko moja nowa firma przekonała się do wartości polskiej nauki i doświadczenia zawodowego i moja „kariera” zaczęła szybko nabierać rozpędu. To były bardzo ekscytujące momenty, szczególnie dla młodego Polaka, który znalazł się w wielkim świecie, rzucony na głębokie wody.

A co z Renatą?

Renata, jak już wspomniałeś, też absolwentka AGH, wkrótce poszła w moje ślady i rozpoczęła pracę w tej samej firmie jako metaloznawca i szefowa laboratorium.

Wniosek z naszego doświadczenia jest bardzo oczywisty. Gruntowne wykształcenie jest podstawą sukcesu i z pewnością międzynarodową walutą, wymienialną na całym świecie.

Dobrze, żeby te Twoje słowa wzięli sobie do serca młodzi nasi koledzy, dzisiejsi i przyszli studenci.

AGH była bardzo wymagającą uczelnią, ale przez to profesjonalne życie stało się łatwiejsze. Ja zawsze myślałem o AGH jako o „polskim MIT” i w dalszym ciągu tak myślę.

Od początku pobytu w USA pracujecie w tej samej firmie. W środowisku metalurgów Hazelett Strip Casting Corp. jest firmą znaną. Może powiesz kilka słów dla szerszego grona naszych czytelników?

Zakład, w którym Renata i ja pracujemy zatrudnia około 150 osób. Jest to wyspecjalizowany zakład w produkcji dwutaśmowych maszyn do odlewania aluminium, cynku, miedzi, ołowiu i stali. Stal była odlewana tylko w projektach doświadczalnych.

Hazelett Strip Casting Corp. istnieje w obecnym miejscu już ponad 50 lat. Jego właściciel (zmarł latem 2010) przeniósł zakład z Connecticut do Vermont, żeby mógł używać naturalnego środowiska, które Vermont oferuje. Góry (wiele ośrodków narciarskich w zasięgu kilkudziesięciu kilometrów), piękne jezioro Lake Champlain, które oferuje sporty wodne w lecie i wiele rozrywek zimą, włącznie z łowieniem ryb pod lodem, bojerami, jazdą pojazdami śniegowymi itd.

W kolumnie minusowej jest długa i zazwyczaj mroźna zima. Zwykle w lutym, kiedy większość ludzi ma już dosyć zimy, część z nich wyjeżdża na urlopy do cieplejszych zakątków, z których najpopularniejszym wydaje się być Floryda. Popularnymi miejscami są również Meksyk i Wyspy Karaibskie. Urlopy te służą jako przerywniki zimy i z pewnością poprawiają samopoczucie. Okres lutego to tzw. „cabin fever”, czyli gorączka zamkniętego pomieszczenia, kiedy ludzie mają dosyć zimy, krótkich dni i gotowi są na słońce i ciepło. Ale niewielu jest takich, którzy narzekają na życie w Vermont.

Wracając do naszego życia zawodowego, jest to wielka przygoda, ponieważ wszystko to co robiliśmy przez lata pracy w Hazelett to nieustanne ulepszanie procesu i robiąc to, pisaliśmy nowy rozdział historii procesu odlewania na dwutaśmowej maszynie. Ponieważ jest to technologia raczej nietypowa i ograniczona do naszej firmy, więc wszystko co jej dotyczy zostało wymyślone tutaj.

Wyobraź sobie, że po raz pierwszy dowiedziałem się o technologii firmy Hazelett na wykładzie podczas studiów na Metalach Nieżelaznych. Nie pamiętam już dzisiaj, który z profesorów poruszał temat ciągłego odlewania w tamtym czasie, ale wydaje mi się, że był to prof. Iwanciw.

To kolejny dowód na to, że nie były nam całkiem obce nowoczesne rozwiązania technologiczne w dziedzinie, którą studiowaliśmy... A czy mógłbyś coś powiedzieć o swoich osobistych osiągnięciach w firmie?

W tle – najnowocześniejsza dwumetrowa maszyna odlewnicza - fot. arch. WS

Jednym z pierwszych osiągnięć po moim przyjeździe do firmy były powłoki ceramiczne na taśmy odlewnicze maszyny. Były to wczesne lata osiemdziesiąte, kiedy zainteresowałem się precyzyjną kontrolą krzepnięcia aluminium i jego stopów, a później innych metali odlewanych na maszynie Hazelett. Pierwszy odruch większości inżynierów był raczej oczywisty: jak można zastosować ceramikę na giętkie taśmy? Jak się okazało, był to jeden z tych przypadków, kiedy większość mówiła, że tego nie da się zrobić, a ktoś o tym nie wiedział, że się nie da i to zrobił.

Jestem autorem i współautorem kilku kluczowych patentów, które znacznie poprawiły proces odlewania. Pomysły były głównie oparte na gruntownym przemyśleniu procesu krzepnięcia metali i ich stopów między dwiema poruszającymi się taśmami. Jak sobie można wyobrazić, jest to zadanie dosyć trudne. Maszyny te pracują w niektórych przypadkach po kilka dni bez przerywania odlewu, nawet podczas zmiany stopów. Oznacza to, że jakość odlewu musi być taka sama w pierwszym jak i ostatnim dniu, a osiągnięcie tego celu wymaga stabilności komponentów krystalizatora.

Ulepszanie procesu trwało i trwa nadał, bo jest to przysłowiowa „studnia bez dna”. Dla inżynierów jest to prawdziwy raj, szczególnie dlatego, że firma daje wolną rękę na wszelkiego rodzaju projekty. Ta filozofia firmy pozwoliła na szybki rozwój technologii, która jest szeroko stosowana na całym świecie do produkcji taśm aluminiowych, drutu miedzianego, taśmy ołowianej na akumulatory, taśmy cynkowej, taśmy miedzianej i anod miedzianych. Próby z odlewaniem stali były również udane, ale nie mamy obecnie pracujących komercyjnych instalacji.

Zasługą Renaty i moją w firmie jest z pewnością wypracowanie modelu krzepnięcia stopów. Model ten był podstawą do modyfikacji naszego podejścia do pokrycia taśm. Zwieńczeniem naszej pracy były z pewnością powłoki ceramiczne na taśmy odlewnicze.

Proces przygotowania i pokrywania taśm jest technologicznie zaawansowany. Pokrótce, wymaga on specyficznej chropowatości (tekstury) powierzchni taśmy, na którą nakładane są warstwy metaliczne i ceramiczne za pomocą plazmy lub palników acetylenowo-tlenowych. Bardzo technologicznie interesujący proces. Został wdrożony w latach osiemdziesiątych i jest usprawniany w miarę nabywanych doświadczeń. Prawie trzy dekady później proces ten jest ciągle bardzo ważnym składnikiem naszej technologii.

Inny ciekawy wynalazek, to użycie helu w celu modyfikacji (przyśpieszania) procesu krzepnięcia. Prosty w zastosowaniu, ale wymagający dobrego zrozumienia procesu krzepnięcia. Wiele innych wynalazków było rezultatem naszej pracy nad metalurgią procesu. Pracujemy obydwoje nad wdrażaniem nowych materiałów, które pozwalają na ciągły postęp technologii.

Oprócz patentów, napisałem i wygłosiłem wiele referatów o procesie Hazelett, większość z nich napisanych z pomocą Renaty. Dużo mógłbym mówić o naszej technologii i naszym wpływie na jej rozwój, ale detale, jakkolwiek pasjonujące, lepiej chyba pozostawić na uniwersyteckie wykłady i referaty.

W minionych latach sam kilkakrotnie zapraszałem cię na nasz wydział. Zawsze chętnie przyjmowałeś zaproszenie, a twoje wykłady zawsze były bardzo interesujące.

Wojtku, wasze instalacje – maszyny Hazeletta pracują w bardzo wielu zakątkach kuli ziemskiej, w różnych krajach. Jak to się przekłada na twoją pracę? Wiem, że bardzo dużo podróżujesz…

Obecnie Hazelett Strip-Casting Corp. ma ponad 80 maszyn pracujących w 30 krajach. Jak sobie możesz wyobrazić, wymaga to ciągłych kontaktów z klientami, co wiąże się również z wyjazdami. W ostatnim czasie firma przechodzi przez najszybszy okres rozwoju od momentu mojego przyjazdu. Zdecydowanie technologia osiągnęła akceptację światową i jako członek zespołu, który doprowadził tę technologię do tego punktu, jestem oczywiście dumny.

Było zawsze moim marzeniem, żeby zwiedzać świat. Było to jednak trudne jak mieszkałem w Polsce. Moje marzenia spełniły się z nawiązką. Patrząc wstecz 30 lat, czyli od momentu przyjazdu do USA, chyba łatwiej byłoby mi powiedzieć gdzie nie byłem raczej niż gdzie byłem. Nawet urząd paszportowy zauważył wysoką częstotliwość moich podróży i wydaje mi trzykrotnie większy paszport niż zwykłym turystom.

Nie miałeś pokusy spisywania tych przygód, nie tylko w wymiarze działalności zawodowej, choćby w formie jakichś „notatek z podróży”, spisywanych choćby na pokładzie samolotu podczas długich lotów? Mogłoby to zaowocować całkiem interesującą książką, albumem podróżnika – inżyniera, doświadczającego odmienności i kontrastów rożnych kultur, nacji z nieco innej strony…

Wiem, wiem, Wacku! To ty namawiałeś mnie już od lat, żeby zarejestrować kronikę moich podroży, przygód i doświadczeń. I prawdę mówiąc, od tamtej pory o tym myślę. Mam wiele wspomnień i jak czas mi pozwoli, to z pewnością to zrobię. Choćby po to, by pozostawić trochę wspomnień dla wnuków!

Wojtku, przepraszam za pytanie, mam nadzieję nie nazbyt, osobiste. Czy ta twoja częsta nieobecność w domu, spowodowana licznymi, często długimi podróżami służbowymi, nie zaciążyła jakoś na twoim życiu?

Nie wszystko jest złotem co się świeci. Podróże mają również swoje złe strony. Pierwsze, to rozłąka z rodziną. Było to szczególnie trudne w początkowym okresie, kiedy nasi synowie byli w wieku szkolnym. Renata musiała pogodzić pracę zawodową z wychowywaniem dwóch synów, zadanie bardzo trudne. Muszę przyznać, że zrobiła świetną robotę. Obydwaj synowie ukończyli studia. Starszy, Kuba, ukończył James Madison University w Virginii, a młodszy, Tomy, prywatny Wake Forest University.

Żaden z synów nie poszedł w ślady rodziców. Obydwaj uzyskali dyplomy w business. Kuba studiował przez jakiś czas na uniwersytecie Salamanca w Hiszpanii, jako „exchange student” z James Madison University. Tomy natomiast grał w piłkę nożną w drużynie Wake Forest, która była notowana na pierwszym miejscu drużyn uniwersyteckich w pierwszej lidze uniwersyteckiej USA w tym czasie (to uwaga dumnego ojca i wielbiciela piłki). Obydwaj też są bardzo dobrymi narciarzami, bo warunki narciarskie tutaj mamy świetne. Ponieważ w domu mówiliśmy po polsku, nasi synowie całkiem dobrze sobie radzą w języku ich rodziców i poprawiają swoje umiejętności podczas wizyt w Polsce. Teraz zajmują się swoim biznesem i, jak widzę, nieźle sobie radzą pracując razem.

Renata i ja wiedzieliśmy z własnego doświadczenia, że wiedza jest ponadczasowa. Robiliśmy wszystko, żeby zachęcić naszych synów do studiów na wysoko notowanych uniwersytetach. No i udało się. Wytrwałość Renaty dała bardzo dobre wyniki.

To, że tak dużo podróżuję nie znaczy, że nie spędziłem czasu z rodziną. Prawda, że nie byłem na wielu urodzinach, czy szkolnych imprezach, ale nadrabialiśmy to wyjazdami na narty, łódki, rodzinne wakacje itd. Vermont oferuje wiele atrakcji dla ludzi, którzy lubią spędzać czas poza domem. Góry, lasy, jeziora – wszystko w jednym miejscu!

Teraz, gdy synowie są już dorośli, cała rodzina jest w dalszym ciągu w rozjazdach, gdyż biznes synów też wymaga wyjazdów do wielu krajów. Spotykamy się wszyscy co najmniej 3–4 razy w roku. Utrzymujemy bardzo ścisłe kontakty.

Rodzina w miejscu zamieszkania, od lewej: Kuba, Renata, Wojtek, Tomy - fot. arch. WS

A rodzina w Polsce?

W ostatnich kilku latach straciłem obydwoje rodziców. Było to duże przeżycie. Wiedziałem, oczywiście, że ich odejście jest nieuniknione, ale człowiek jakoś nie jest na to przygotowany kiedy to nastąpi. Oczywiście, dystans jaki nas dzielił pozwolił mi tylko na sporadyczne odwiedziny, chociaż przyznam, że przyjeżdżałem do Polski dosyć często. Rodzice odwiedzali nas kilkakrotnie tutaj i spędzali kilka miesięcy z nami podczas każdego pobytu. Bardzo miło wspominamy te chwile.

Jedna z moich dwóch sióstr mieszka w Lublinie. Utrzymujemy bliskie kontakty. Druga siostra osiedliła się w Chicago.

Nie czujesz się zmęczony ciągłym życiem „na walizkach”?

Moje podróże po świecie dają mi się trochę we znaki. Średnio ponad 100 dni w roku poza domem nie może być dobre. Na razie nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej, ponieważ firma jest wyjątkowo zapracowana. Przyznam, że czasami jestem już trochę zmęczony. Z wiekiem podróże stają się bardziej wymagające i wyczerpujące. No i jak sobie możesz wyobrazić, nie wszystkie nasze projekty są zlokalizowane w atrakcyjnych miejscach. Ostatnie nasze duże przedsięwzięcia są w Chinach. Zanieczyszczenie powietrza jest tam dużym problemem. Oczywiście, to nie jest jedyna trudność z jaką tam się spotykam.

Pamiętam ze studiów, a i z kilku spotkań już po studiach, że pięknie grasz na fortepianie, nie są ci obce też inne instrumenty. Podtrzymujesz te pasje, masz czas na zaspokajanie potrzeb ducha, na dbanie o kondycję fizyczną, której z pewnością charakter twojej pracy wymaga?

Jeśli chodzi o moje prywatne zainteresowania, to rzeczywiście lubię muzykę. We wczesnej młodości uczęszczałem do szkoły muzycznej, gdzie uczyłem się grać na skrzypcach i na pianinie. Pozostało mi to do dzisiaj. Ciągle gram na pianinie (Chopin jest naprawdę trudny!) i na gitarze, dużo czytam, jeżdżą na rowerze i codziennie chodzę na siłownię (starość nie radość! – trzeba ćwiczyć). Ponieważ mieszkamy nad samym jeziorem, łódka daje nam chwile potrzebnej samotności. Zimą natomiast narty.

Niektórzy mówią, że nie potrzebujemy urlopów, bo cały czas jesteśmy na urlopie w tak uroczym miejscu. Trochę prawdy w tym jest, ale nawet tutaj od czasu do czasu odpocząć trzeba.

Oprócz muzyki i sportów, próbuję swoich sił w pisaniu wierszy. Niektórym moje wiersze się podobają, ale tak naprawdę to nie wiem, czy mam wierzyć tym ocenom!?

O, tego nie wiedziałem! A nie ukrywam, że jest mi to bliskie… Z tego co mówisz wynika, że nie piszesz ich wyłącznie dla siebie, jak się zwykło mawiać „do szuflady”. W tej sytuacji, najlepszą weryfikacją twoich wątpliwości byłoby opublikowanie tych wierszy. Może któryś z nich zadedykujesz czytelnikom Vivat Akademia? Dołączymy go do tej rozmowy.

Oczywiście, z przyjemnością i z dużą dawką przerażenia. Jest to pierwszy, oficjalny druk moich wysiłków jako poety-amatora. Trzymaj za mnie kciuki!

Masz to zapewnione. Choć uważam, że i bez tego będzie to udany debiut. Wojtku, co uważasz za swój największy życiowy sukces?

Jest to pytanie dosyć łatwe! Największym osiągnięciem życiowym jest dla mnie zbudowanie solidnej rodziny, podstawy wszystkiego co się dzieje wokoło mnie. Inne rzeczy wydają się mniej ważne. Wiek chyba ma z tym coś wspólnego, bo im starszy się robię, tym bardziej liczę na rodzinę. Bez ścisłych więzów rodzinnych życie traci dużo na wartości.

Praca jest ważna, dała i nadal daje mi dużo satysfakcji. Tak było w Polsce i tak jest tutaj. Nie sądzę, że miejsce zmienia ambicje człowieka, chociaż warunki pracy są zupełnie inne.

A plany na przyszłość?

To trudno powiedzieć. Moje plany zmieniają się z tygodnia na tydzień. Firma, jak powiedziałem, jest bardzo obciążona zamówieniami, a to łączy się z rozruchami nowych technologii, ścisłą współpracą z klientami w zakresie produktów, jakości, projektów badawczych itd. Z jednej strony to dużo pracy, z drugiej natomiast, to jest pewność stabilności na następnych kilka lat. Jak wiesz, rynek pracy w USA, podobnie jak w Europie, jest dosyć słaby, z wysokim bezrobociem – tak, że my możemy mówić o bardzo dobrym zbiegu okoliczności. Nadmiar pracy jest lepszą alternatywą, jest to dobry problem w obecnych warunkach. Jako firma, nie musimy się martwić o najbliższą przyszłość.

Wojtku, w tym roku nasz wydział obchodzi Złoty Jubileusz. 50 lat temu, w 1962 roku, głównie w związku z odkryciem i zagospodarowywaniem bogatych złóż miedzi w Polsce, utworzony został w Akademii Górniczo-Hutniczej Wydział Metali Nieżelaznych. Wybieracie się z Renatą na uroczystości jubileuszowe, spotkamy się we wrześniu w Krakowie?

Wyobraź sobie, że już rozmawialiśmy z Renatą na temat przyjazdu. To jest uroczystość, której nie możemy nie być świadkami. Wiele zawdzięczamy wydziałowi i zrobimy wszystko, żeby wziąć udział w tych uroczystościach.

Coś dla duszy… fot. arch. WS - fot. arch. WS

Może udział aktywny, z referatem podczas konferencji naukowej z okazji jubileuszu?

Dziękuję za zaproszenie! Z przyjemnością je akceptuję. Będę zaszczycony możliwością zaprezentowania referatu na konferencji jubileuszowej.

Wojtku, dziękuję za bardzo interesującą rozmowę. Budujące jest spotkanie człowieka spełnionego, nie tylko zawodowo. Życzę tobie i Renacie kolejnych dających wam satysfakcję wyzwań, realizacji osobistych i zawodowych planów.

rozmawiał Wacław Muzykiewicz

LOS

Nie łaskaw jest los dla Rzeczypospolitej Polskiej
W dziejach obdarzył nas bagażem okrutności
I teraz znowu czarna jego siła
Pokazała oblicze strasznej bezwzględności.

I jak historia uczy nas, Polaków,
Przetrwanie głęboko w naszej jest naturze,
Przeżyliśmy w przeszłości ciężkie ciosy losu,
I ten przeżyjemy w godności Polaka, godności,
która nie wydaje głosu.

W cichości ducha przeżywamy stratę,
Nie sami, tym razem Świat jest razem z nami,
Jak zwykle kraj cały zjednoczył się w bólu,
Jak zwykle otoczyliśmy dusze kwiatami.

Jutro dzień inny, ból nieco ustąpi,
I z rana nowa rzeczywistość zbudzi,
Kraj uczci odeszłych, zapanuje cisza,
Pamięć zachowa wizerunki ludzi.

Wojtek Szczypiorski, Kwiecień 2010